Marina Cwietajewa 129 rocznica Urodzin

TADEUSZ KLIMOWICZ
Pożar serca – 2

16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach
2005

*******

Jak się panu żyje z inną?

MARINA CWIETAJEWA



OSOBY

Marina Cwietajewa (1892-1941) – poetka.

Siergiej Efron (1893-1941) – mąż (1912-1941) Mariny Cwietajewej.

Ariadna (Ala) (1912-1975), Irina (1917-1920), Gieorgij (Mur) (1925-1944) Efronowie – dzieci Mariny Cwietajewej i Siergieja Efrona.

Anastasija Cwietajewa (1894-1993) – siostra Mariny Cwietajewej.

Piotr Jurkiewicz (1889-1968) – pierwsza miłość Mariny; mężczyzna jej życia.

Sofia Holliday (1896-1935) – aktorka.

Sofia Parnok, vel Parnoch (1885-1933) – poetka; kobieta życia Mariny Cwietajewej.

Jurij Zawadski (1894-1977) – aktor, reżyser; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Boris Biessarabow (1897-1970) – znajomy Mariny Cwietajewej; mężczyzna jej życia.

Emilij Mindlin (1900-1981) – literat; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Abram Wiszniak (1895-1943) – wydawca; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Aleksandr Bachrach (1902-1987) – krytyk literacki; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Mark Słonim (1894-1976) – krytyk literacki, redaktor naczelny ukazującego się w Pradze pisma „Wola Rossii”; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Konstantin Rodziewicz (1895-1988) – towarzysz broni Siergieja Efrona; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Boris Pasternak (1890-1960) – poeta, prozaik; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Rainer Maria Rilke (1875-1926) – poeta; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Nikołaj Groński (1909-1934) – poeta, zginął tragicznie w paryskim metrze; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Anatolu Steiger (1907-1944) – poeta; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Jewgienij Tagier (1906-1984) – historyk literatury; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.

Nikołaj Wiliam-Wilmont (1901-1986) – germanista; mężczyzna życia Mariny Cwietajewej.



Była nieuleczalnie chora na miłość. Była narkomanką, która musiała wyznawać miłość, która miłości wszystko podporządkowała, która spalała się w każdym uczuciu, by odrodzić się w następnym, i która całą prozę życia zepchnęła na margines poezji. Niewolnica miłości i poezji. Marina Cwietajewa.

W eseju Mój Puszkin, napisanym w setną rocznicę śmierci poety, opowiedziała o swoich wrażeniach sprzed lat, gdy po raz pierwszy oglądała fragmenty opery Eugeniusz Oniegin:



– Co ci się najwięcej podobało, Musiu? – matka po skończonym przedstawieniu.

– Tatiana i Oniegin. […].

– Jak idiotka – ma sześć lat i zakochała się w Onieginie!

Myliła się. Nie w Onieginie się zakochałam, ale w Onieginie i Tatianie (i może w Tatianie trochę bardziej), w nich obojgu razem, w miłości. I nic potem nigdy nie napisałam nie zakochawszy się jednocześnie w dwojgu (w niej trochę bardziej), nie w nich dwojgu, ale w ich miłości. W miłości.



Dziesięć lat później podjęła pierwsze próby wykreowania własnego świata intymnych przeżyć na miarę Puszkinowskich bohaterów. Zdjęcia mówią, że nie należała do kobiet zniewalających urodą. Musiała cierpieć, gdy okazało się, że jej największa rywalka – młoda Achmatowa -udanie wykreowała własny wizerunek kobiety fatalnej i że w roku 1914 znaczny rozgłos zdobyły jej dwa portrety (pędzla Natana Altmana i Olgi Della-Wos-Kardowskiej). Twarz Cwietajewej była pospolita, niewywołująca jakichkolwiek dekadencko-symbolistycznych skojarzeń u modnych i wziętych malarzy. „Mama – pisała po latach życzliwie, pod dyktando serca Ariadna – była średniego, raczej niewysokiego wzrostu, o regularnych, wyraziście zarysowanych, ale nie ostrych rysach twarzy. Nos miała prosty, z niewielkim garbkiem i pięknymi, wyrazistymi nozdrzami, właśnie wyrazistymi, szczególnie dobrze wyrażającymi i gniew, i pogardę. Zresztą wszystko w jej twarzy było wyraziste i wszystko – figlarne, i usta, i ich uśmiech, i rozstawienie brwi, i nawet uszka, malutkie, niemal bez płatków, delikatne i czujne, jak u fauna. Oczy jej miały ten rzadko spotykany jasno jaskrawozielony kolor, który nazywa się rusałczany i który nie zmienił się, nie zmatowiał i nie wyblakł do samej śmierci. W owalu twarzy długo zachowało się coś dziecięcego, jakaś bardzo młodzieńcza okrągłość. Jasnoblond włosy wiły się miękko i niedbale – wszystko w niej było bez upiększeń i upiększenia były jej niepotrzebne. Mama była szeroka w ramionach, wąska w biodrach i talii, zgrabna i przez całe życie zachowała i figurę, i gibkość podrostka. Ręce miała nie kobiece, a chłopięce, nieduże, ale bynajmniej nie miniaturowe, mocne, twarde przy uścisku dłoni, z dobrze rozwiniętymi palcami, nieco kwadratowymi na koniuszkach, o szerokich, lecz pięknokształtnych paznokciach”. Sama Marina – aż nadto świadoma swojej fizycznej niedoskonałości (kolor oczu czy kształt paznokci nie były najwyraźniej wystarczająco skutecznym lekiem na zapomnienie o rzeczywistych czy urojonych skazach wyglądu zewnętrznego) – zapamiętała siebie jako „[…] małą brzydulę o zbyt wielkiej głowie i krótko obciętych włosach, która się nikomu nie podobała […]”. Szesnastolatka już wprawdzie nie chciała być jak jej rówieśniczki (ostentacyjny brak troski o swój wygląd), ale jeszcze cierpiała jak one, jeszcze swemu życiu próbowała nadać powszechnie obowiązujący rytm, jeszcze poszukiwała w oczach mężczyzny akceptacji. Akceptacji nie dla swojej urody, nie dla swojego wyglądu, lecz dla swojej Inności.

Lato 1908 roku spędziła w towarzystwie o kilka lat starszego Piotra Jurkiewicza. W romantycznej scenerii, w czasie wspólnych spacerów padały zapewne słowa, których on już po chwili nie pamiętał i wyznania przez niego niewypowiedziane, lecz przez nią usłyszane. Były być może pocałunki, do których on nie przywiązywał znaczenia, a ona widziała w nich magiczne znaki zapowiadające nieznane. Był banalny, wakacyjny flirt, któremu jej wyobraźnia nadała wymiar mistyczno-zmysłowej iluminacji. W liście z 22 czerwca 1908 roku wyznała mu: „Chcę do Pana pisać otwarcie i nie wiem – zapewne bzdury. Oswoiłam się z Panem przez tych parę dni i czuję do Pana zaufanie, nie wiem dlaczego”. A po trzech tygodniach jeszcze dodała: „A jednak dziwię się sobie, że pierwsza podeszłam do Pana”.

Temu modelowi zachowań – gdzie słowo „otwarcie” i gest „pierwsza” są najważniejsze – pozostanie Cwietajewa wierna do końca życia. I odtąd też jej wyznaniom miłosnym będą stale towarzyszyć listy, które pisała „[…] nie tylko z doraźnej potrzeby komunikowania się z ludźmi w konkretnych życiowych sprawach, choć te właśnie często bywały bezpośrednim powodem korespondencji. Jej obfitość oraz intensywność świadczyły o niebywale silnym pragnieniu istnienia w słowie również poza profesjonalnie uprawianym pisarstwem. W języku, w słowie pisanym żyła tak, jak inni żyją w czasie i przestrzeni. Piszę, więc jestem – zdawała się mówić, wysyłając te niezliczone sygnały, nieustannie potwierdzające jej zakotwiczenie w życiu, jak gdyby lękała się, że coś, czego doświadczyła, a nie opisała, ulegnie zniszczeniu”. Listy te, zdaniem Jadwigi Szymak-Reiferowej, mają „[…] szczególną wewnętrzną dramaturgię, zwłaszcza, gdy korespondencja ciągnie się latami oraz tam, gdzie odzwierciedlają się erotyczne fascynacje autorki, a taki podtekst ma większość listów, których adresatami są mężczyźni”.

Jej zachowanie wtedy, w czerwcu i lipcu 1908 roku, można by w pierwszym odruchu uznać za przejaw pensjonarskiej egzaltacji, gdyby nie to, że przez następnych trzydzieści kilka lat z uporem powtarzała wciąż tę samą klasę w szkole uczuć. Nigdy siebie nie zdradziła, nigdy nie zabiła w sobie spontaniczności i tej szczególnej wrażliwości egotycznego artysty-dziecka (jak wielbiona przez nią Maria Baszkircewa), nigdy nie zapomniała o pierwszym pocałunku, nigdy nie opuściła magicznej krainy Piotrusia Pana i nigdy nie dorosła do rutyny pustych słów i gestów. Wtedy też – podejmując nieudaną próbę samobójczą – poznała smak śmierci. W kalendarzu jej serca pozostał na zawsze rok 1908.

Swojego przyszłego męża Marina Cwietajewa spotkała trzy lata później, 5 maja 1911 roku w Koktebelu (na Krymie), gdzie oboje byli gośćmi znanego poety i malarza Maksimiliana (dla przyjaciół – Maksa) Wołoszyna. Marzycielka, wychowana w kulcie Napoleona i Orlątka, dojrzała w niczym niewyróżniającym się Siergieju Efronie bohatera z dziewczęcych lektur i stanowczo za późno zrozumiała, iż nie należy już do mężczyzn, którzy „[…] mieli w sobie coś ojcowskiego, odwieczny strach, że zabłądzimy, przestraszymy się, gdzieś na zakręcie usiądziemy i będziemy płakały […]” *[Rodzina Siergieja to jedno wielkie pasmo nieszczęść – dziewięcioro dzieci (w tym przyszły mąż Mariny), troje z nich zmarło bardzo wcześnie; ojciec należał do „Narodnej Woli” (uczestniczył m.in. w zabójstwie prowokatora, ale po zamachu wycofał się z działalności politycznej); matka należała do partii eserów, aresztowano ją, gdy Siergiej miał 12 lat (spędziła w więzieniu na Butyrkach około roku, skąd wypuszczono ją za kaucją), cierpiała na halucynacje; w 1909 roku zmarł ojciec, w 1910 zmarł w tragicznych okolicznościach najmłodszy syn – Konstantin (podobno nie planował samobójstwa, ale prowadził grę, w której los okazał się sprytniejszy od niego); na wiadomość o jego śmierci powiesiła się matka; Siergiej chorował na gruźlicę.], lecz do tej neurotycznej generacji, która w partnerkach wywoływała jedynie odruchy opiekuńcze, a jeśli wzbudzała uczucia – to tylko macierzyńskie. Jego dziennik był jeszcze jednym głosem straconego pokolenia przełomu wieków. „Mówi się – pisał w nim Efron – że dzienniki prowadzą jedynie samotni ludzie […]. Czuję się samotny mimo otaczającej mnie miłości. Samotny jestem ja, moje najskrytsze myśli, moje rozumienie życia i ludzi”.

Po ślubie, który odbył się 27 stycznia 1912 roku, Cwietajewa (w zasadzie nie posługiwała się nazwiskiem męża i tylko on na podarowanej jej 1 lutego książce Knuta Hamsuna umieścił dedykację: „Marinie Efron pierwszy prezent od Sierioży”) ku zaskoczeniu wielu swych znajomych zmieniła się: schudła, zaczęła się troszczyć o garderobę, kilkakrotnie zmieniała uczesanie oraz – co najważniejsze – zyskała tak upragnioną pewność siebie i poczucie własnej wartości. W tym związku to ona dominowała, to ona zadecydowała, że się pobiorą, to ona narzuciła mu swoje przesiąknięte romantyzmem poglądy na życie i traktowała go, zdaniem bliskich, raczej jak syna niż męża. W lutym 1912 roku prawie równocześnie ukazały się ich książki: dobrze przyjęty tomik poezji Mariny Latarnia czarnoksięska i niezauważone na poły autobiograficzne Dzieciństwo Siergieja, który bohaterką ostatniego rozdziału – siedemnastoletnia Mary, „duża dziewczynka w niebieskiej bluzie marynarskiej” – uczynił żonę. Efron zapowiadał się na niezłego prozaika, ale był pozbawiony tej odrobiny szaleństwa pozwalającej na odnalezienie własnego miejsca w literaturze i dlatego też obcowanie z wielkim twórcą – a w zasadzie, to pozostawanie w jego cieniu – tak łatwo zabiło w nim artystę. Został przytłoczony przez Marinę. Już w czasie podróży poślubnej (Włochy, Francja, Niemcy) okazało się, jak wiele ich dzieli, jak różne są ich światy. Kiedy więc 29 marca 1912 roku zgorszony Siergiej donosił siostrze: „W wagonie na dziesięć par całowało się dziewięć. I to jest dla nich najważniejsze w życiu!”, to już wiemy, kim była ta dziesiąta para i jak czuła się adorowana (ale dyskretnie), całowana (ale niepublicznie) Marina. Dedykowane mu wiersze (jest ich około dwudziestu) – jak na relacje między nimi przystało – są całkowicie pozbawione erotyki, nie mieszczą się w nurcie tradycyjnej liryki miłosnej, „nie ma w nich – jak zauważyła Wiktoria Szwiejcer – ani namiętności, ani zazdrości, ani zwyczajowych wyznań miłosnych”. Niebudząca i niechcąca budzić pożądania kobieta ma tylko jedną prośbę:

Nie przeszkadzaj mi się dziwić,

Bądź w sekrecie małym chłopcem –

I dopomóż mi pozostać,

Dzieckiem małym, chociaż – żoną.

(M. Cwietajewa, Z bajki – do bajki, tłum. P. Fast)

Powszechnie jednak sądzono, że są szczęśliwym małżeństwem i narodziny córki Ariadny (5 września 1912) uznano za jeszcze jedno potwierdzenie tej opinii. Nikogo nie dziwiło też, iż wciąż – tak miało pozostać na zawsze – zwracają się do siebie „Pan” i „Pani” (rosyjskie: „Wy”), ponieważ ta forma grzecznościowa świadczyła wyłącznie o przywiązaniu rodziny rosyjskiej do tradycji, a nie o stopniu bliskości dwojga ludzi. Tym bardziej że Cwietajewa przy każdej okazji powtarzała niezmiennie te same magiczne zaklęcia wyznań miłosnych. „Mój mąż – pisała 7 marca 1914 roku do niegdysiejszego męża Apolinarii Susłowej Wasilija Rozanowa – ma 20 lat. Jest niezwykle i szlachetnie piękny. […]. W Sierioży połączyły się – wspaniale połączyły się – krew żydowska i rosyjska. Jest cudownie uzdolniony, mądry, szlachetny. […]. Sieriożę kocham nieskończenie i na wieki. […]. Nigdy nie mogłabym kochać kogoś innego […] Tylko przy nim mogę żyć, tak jak żyję – zupełnie wolna. Nikt – prawie nikt! – z moich przyjaciół nie rozumie mojego wyboru. Wyboru! Boże, jakbym to ja wybierała!”. Tak naprawdę, jestem tego pewien, pisała ten list do siebie i siebie – a nie Rozanowa (myśliciela, któremu nawiasem mówiąc nieobcy był antysemityzm) – chciała przekonać o rozlicznych zaletach męża. Już po kilku miesiącach, już w lipcu, miało się okazać, jak bardzo nieudany był ten seans autohipnozy.

To wtedy zafascynowana starszym bratem męża, Piotrem, wyznała mu w liście z 10 lipca miłość: „Przychodzę – i mówię zupełnie nie o tym, nie tak. Proszę słuchać, moja miłość jest lekka. Nic Pana nie zaboli, nie będzie też nudno. Pogrążam się cała w tym, co kocham. Kocham samą miłością – całą sobą – i brzózkę, i wieczór, i muzykę, i Sieriożę, i Pana. Miłość rozpoznaję po smutku bez nadziei, po zachłystującym się «ach!» […]. Pana pierwszego pocałowałam po Sierioży”. Tak właśnie rozpoczęła się jej wędrówka w poszukiwaniu kolejnych doznań pozwalających zapomnieć o coraz trudniej akceptowanej trywialności oficjalnego związku. Całowanie ust śmiertelnie chorego na gruźlicę (Piotr zmarł 28 lipca), dotykanie jego ciała było nowym doświadczeniem, dostarczało wcześniej nieznanych, mocnych wrażeń, nabierało wymiaru transcendentalnego. A zrozpaczony Siergiej – niemal natychmiast po wypowiedzeniu wojny Rosji przez Niemcy (19 lipca) – zgłosił się na ochotnika do wojska. Trafił tam jednak później, w znacznie bardziej dramatycznych dla siebie okolicznościach. W październiku bowiem na szczęście dla siebie, na szczęście dla sztuki i na nieszczęście dla Siergieja Efrona Cwietajewa została przedstawiona, pachnącej perfumami „White Rose”, poetce Sofii Parnok.

W Rosji na początku dwudziestego stulecia wciąż wprawdzie obowiązywał system wartości patriarchalnych, związane z nim zakazy i tabu *[6 grudnia 1895 roku Anton Czechow pisał do Aleksieja Suworina: „Pogoda w Moskwie dobra, cholery nie ma, miłości lesbijskiej też nie ma… Brrr!! Wspomnienie o tego typu osobach wywołuje we mnie nudności, jakbym zjadł zgniłą sardynkę. W Moskwie ich nie ma – i cudownie”.], ale w kręgach bohemy artystycznej tolerowano miłość homoerotyczną i twórcy – inaczej niż później, w czasach radzieckich – nie musieli ukrywać swoich odmiennych orientacji seksualnych (np. Michaił Kuzmin czy siostra Władimira Sołowiowa Poliksena). Jednak nawet w środowisku symbolistów łatwiej akceptowano męski homoseksualizm i zgodnie z kanonami moralności wiktoriańskiej pisano o „kobiecej czystości”, o „sprzecznej z naturą” i „bezpłodnej” miłości lesbijskiej.

Trzydziestoletnia Parnok miała za sobą baśniowe dzieciństwo (po przedwczesnej śmierci matki podczas kolejnego porodu ojciec ożenił się ze znienawidzoną guwernantką-Niemką, która natychmiast wpisała się w archetyp złej macochy), debiut poetycki w 1907 roku (wydała pięć zbiorków wierszy: Wiersze 1916, Róże Pierii 1922, Łoza 1923, Muzyka 1926 i Pogłosem 1928), nieudane – trwające kilkanaście miesięcy (od września 1907 do stycznia 1909 roku) – małżeństwo z Władimirem Wolkensteinem, wybór prawosławia jako swojej nowej konfesji (była Żydówką) i wyspy Lesbos jako znak swojej inności (mając 16 lat nawiązała swój pierwszy romans – z Nadieżdą Polakową). Początkowo w atmosferze prowokacji obyczajowej, skandali towarzyskich – wszystko według schematu popularnych broszurek epigonów psychoanalizy – wyrównywała rachunki z człowiekiem, przez którego czuła się zdradzona. „W oczach ojca – pisała 23 czerwca 1906 roku do swojego przyszłego męża – jestem postrzeloną dziewczyną i nikim więcej. Mój sposób myślenia i gusty obrażają jego cnoty patriarchalne […]”. Później zrozumiała, że uczucia, jakie żywi do kobiet, nie mają już nic wspólnego z kontestacją czy dziewczęcym buntem i dlatego nie wierzę ani w jej kokieteryjne „niestety” („nigdy, niestety, nie byłam zakochana w mężczyźnie”) z listu do kompozytora Michaiła Gniesina (6 lutego 1910), ani w szczerość wyrażonej po mieszczańsku rok później skruchy: „Kiedy spoglądam wstecz na moje życie, to odczuwam zażenowanie, jak podczas lektury powieści bulwarowej… Wszystko, co jest mi wstrętne w dziele artystycznym, czego nigdy nie może być w moich wierszach, najwyraźniej jest we mnie i szuka wcielenia, i oto spoglądam na moje życie z grymasem wstrętu, jak człowiek z dobrym smakiem patrzy na obcy przejaw złego gustu” (list z 10 marca 1911 roku do swojej przyjaciółki Lubow Guriewicz). Z pruderią – zrozumiała to natychmiast – było jej nie do twarzy. I taką właśnie, pozbawioną maski, poznała ją autorka Albumu wieczornego.

Dopiero teraz, dzięki niej, Marina przeszła wszystkie stopnie wtajemniczenia erotycznego, poznała smak wielkiej namiętności i Sofia – jak na skandalistkę przystało – triumfalnie, z poczuciem wyższości rzuciła pod adresem Efrona: „Nie ty, młodzieńcze, odczarowałeś ją” (Strofy alcejskie). Upokorzony publicznym romansem swojej młodej żony z inną kobietą, doczekał się wreszcie w marcu 1915 roku skierowania w roli „brata miłosierdzia” do pociągu sanitarnego, który miał kursować na trasie Moskwa-Białystok (później Moskwa-Warszawa). Natomiast obie poetki – wciąż prowokując mieszczuchów (np. na przyjęciu u Rimskiego-Korsakowa siedziały objęte w pół i paliły na zmianę jednego papierosa) – wiosnę i lato 1915 roku spędziły razem, goszcząc między innymi przez czerwiec i lipiec u Wołoszyna w Koktebelu w towarzystwie zakochanego w Marinie Osipa Mandelsztama. Z tego okresu pochodzi list Cwietajewej do szwagierki Lili (Jelizawiety) Efron: „Sonia bardzo mnie kocha i ja ją kocham – to jest wieczne i od niej nie mogę odejść”. Jeszcze marzyła o dziecku z ukochaną, jeszcze wierzyła, chociaż związek ten – wyjątkowo zresztą burzliwy (o czym już we wspomnianym liście nie było mowy) – był od samego początku, od tamtego październikowego dnia naznaczony piętnem niewierności i nieodległego melodramatycznego rozstania. Parnok była żądnym podbojów Don Juanem, w jej mało monogamicznym życiu stale były obecne kobiety, co wywoływało gwałtowne przypływy zazdrości u młodej kochanki. To nieuchronne wydarzyło się 5 lutego 1916 roku, kiedy Marina Cwietajewa niespodziewanie ją odwiedziła – zastała tam inną (może aktorkę Ludmiłę Erarską) i pewnie usłyszała, że to już koniec, że „Sonet już został dopisany, walc został dosłuchany / I docałowane są już usta” i że „Ustom przyjemnie być niczyimi”. Porzucona – po kilku miesiącach zaszła w ciążę (żeby zranić tę, z którą dziecka mieć nie mogła; żeby zabić tę miłość) i pisała o Parnok z coraz większą nienawiścią, z jaką można pisać tylko o kimś, komu się zawdzięcza odkrywanie lądów nieznanych, kogo się idealizowało i ubóstwiało, a ten ktoś zawiódł i przestał być bogiem. Kogo się nadal mocno kocha. „To było tak – przypominała w liście do Michaiła Kuzmina swój pierwszy wyjazd do Petersburga w końcu 1915 roku i swoje pierwsze z nim spotkanie – Dopiero co przyjechałam. Byłam z pewnym człowiekiem, to znaczy, to była kobieta. – Boże, jak płakałam! – Ale to nieważne. No, jednym słowem, za nic nie chciała, żebym jechała na ten wieczór i dlatego szczególnie mnie namawiała. Sama nie mogła – bolała ją głowa – a kiedy boli ją głowa – a ją zawsze boli – jest nieznośna. […]. A mnie głowa nie bolała – nigdy nie boli! – i strasznie nie chciałam zostać w domu […]”.

Po miłości, która miała trwać wiecznie, pozostały okruchy wspomnień i cykl Przyjaciółka składający się z siedemnastu wierszy powstałych między 16 października 1914 a 6 maja 1915 roku:

W wigilię rozłąki powtórzę,

Gdy miłość ustała,

Że ręce twe – władcze i duże –

Nad wszystko kochałam.

(M. Cwietajewa, Przyjaciółka, tłum. P. Fast)

Ale to Sofia Parnok – nie Cwietajewa – po latach, jesienią 1929 roku (wiersz Tyś młoda, długonoga! Z takim…), przywoływała ich przeszłość. Natomiast Marina wspomnienia pozostawiła za zamkniętymi w lutym drzwiami i odtąd swoje uczucia podporządkowała kategorii czasu teraźniejszego. „Kocham” i – czasami – „jestem kochana” stało się magiczną formułą, receptą (mało skuteczną) na życie. Demonstracyjnie odrzuciła w miłości czas przeszły i przyszły, a swoją inność przestała ukrywać za atrybutami przypisanymi w naszym kręgu kulturowym kobiecie pragnącej być zauważoną i zaakceptowaną (makijaż, garderoba). „Nie znałam kobiety – pisała o niej Maria Biełkina – którą równie mało obchodziłoby, jakie wywiera wrażenie, która równie mało wiedziałaby o arsenale kobiecych sztuczek i równie mało dbała o swój wygląd. Można było pomyśleć, że nawet nie zaglądała do lustra”. Już nie chce być zdobywana, chce zdobywać.

Rok 1916 upłynął pod znakiem wciąż nowych podbojów. W marcu koił jej ból – urzekający umiejętnością platonicznego wyrażania uczuć – poeta Tichon Czurilin. Po nim byli inni: Osip Mandelsztam, Mawrikij Minc, Nikodim Płucer-Sarna. Temu pierwszemu „podarowała” (to jej określenie) Moskwę i parę wierszy, na które on (z powodu żony „niedawnej i zazdrosnej”) nie mógł odpowiedzieć. Temu drugiemu, mężowi siostry *[Po nieudanym i krótko trwającym małżeństwie z Borisem Truchaczowem Anastasija Cwietajewa jesienią 1915 roku wyszła za mąż za Minca.], poświęciła jeden z najpiękniejszych swoich erotyków:

Jak dobrze, że pan nie jest chory na mnie,

Jak dobrze, że choruję nie na pana.

. . .

Podoba mi się, że pan, stojąc przy mnie,

Spokojnie obejmuje inną damę,

. . .

Dziękuję panu sercem mym i ręką,

Że pan – choć nie wie o tym wcale! –

Pokochał mnie za nocną mą udrękę,

Spotkania rzadkie ze mną wieczorami.

Za nasze nocne niespacery rzadkie,

Za słońca blask nad naszymi głowami –

I za to, że choruje pan nie na mnie

I za to, że jam chora nie na pana!

(M. Cwietajewa, Jak dobrze, że pan nie jest chory na mnie…, tłum. P. Fast, 1915)

A temu trzeciemu – zapewne kilka nocy.

Pragnąca zachować anonimowość znajoma Cwietajewej opowiadała: „Ja sama nie lubię kobiet, są zawistne, a ona nie była taka, nie zazdrościła, ona je kochała. U Sofii Parnok wciąż były historie z Sonieczką Holliday, która bardzo cierpiała, kiedy Sofia Parnok ją porzuciła […]. O swoich romansach Marina nie opowiadała. […]. To Asia [siostra Mariny – T. K.] mogła ze wszystkimi spać, i z mężczyznami, i z kobietami bez miłości. Marina nie była taka, kiedy nie kochała, nie dążyła do fizycznego zbliżenia. Oczywiście, miała romanse. I to wiele. I realne, i nie. […]. Mnie Siergiej Jakowlewicz [Efron – T K.] nie interesował, choć był piękny, młody… Marina go kochała, oczywiście, ale gdy go nie było, zakochiwała się w innych […]”.

13 kwietnia 1917 roku Cwietajewa urodziła córkę. „Najpierw – pisała – chciałam ją nazwać Anna (na cześć Achmatowej). – Ale przecież losy się nie powtarzają!” Po porodzie Marina jeszcze przez trzy tygodnie pozostawała w szpitalu. Pisała stamtąd listy do niespełna pięcioletniej (ale już czytającej) Asi. 16 kwietnia wyjaśniała: „Twoją siostrę Irinę przyniósł mi bocian – wiesz, taki duży, biały ptak z czerwonym dziobem, na długich nogach”. Chorowita Irina z trudem chodziła, miała kłopoty z mówieniem. Głodne lata wojny domowej i komunizmu wojennego były zabójcze dla takich dzieci. Marina była fatalną matką, irytowały ją niedomagania córki („[…] Nie było z nią ciekawie, jak z Alą, a potem z Murem, nie można było nią się pochwalić przed znajomymi”) i przy pierwszej nadarzającej się okazji oddała ją do przytułku. Trafiły tam zresztą początkowo obie córki, jednak Ala zachorowała i znalazła się w szpitalu. Już nie wróciła do sierocińca, co uratowało jej życie. Irina zmarła tam w lutym 1920 roku. Może piętnastego, a może szesnastego. O jej śmierci Cwietajewa dowiedziała się przypadkiem i natychmiast winą za śmierć córki obarczyła siostry męża, którym zresztą wcześniej nie pozwoliła zaopiekować się chorym dzieckiem. 25 lutego pisała do Wiery Zwiagincewej, aktorki i poetki (a w przyszłości powiernicy Sofii Parnok): „Z ludźmi jest mi teraz źle, nikt mnie nie kocha, nikt – po prostu nikt mnie nie żałuje, czuję wszystko, co o mnie myślą, ciężko mi”. Po latach Ariadna Efron zwierzała się znajomej na temat matki: „Jej stosunek do dzieci nie był macierzyński. Na Irinę brakowało sił. Mnie traktowała jak sobie równą, a Mura – jak matka-fanatyczka. W ogóle przecież lubiła młodych mężczyzn, a w jej namiętności do Mura było coś niezdrowego – freudowskiego”.

W wojnie domowej Efron opowiedział się po stronie białych, z nimi też sympatyzowała Cwietajewa. Mąż walczący w przegranej sprawie „obozu łabędziego”, mąż nieobecny – w styczniu 1918 roku przyjechał ukradkiem na kilka dni do Moskwy i 18 stycznia widzieli się po raz ostatni przed ponadczteroletnią rozłąką – znów stał się bohaterem (nieobecnych kocha się łatwiej) dziennika poetki. „Jeżeli Bóg – obiecywała zaginionemu w wojennej zawierusze – uczyni ten cud – pozostawi Pana wśród żywych, będę chodzić za Panem jak pies”. Dwadzieścia lat później, 17 czerwca 1938 roku, myśląc już o powrocie do kraju w ślad za mężem i córką, dopisała na marginesie złożonego przyrzeczenia: „No i pójdę, jak pies (po 21 latach)”.

26 listopada 1918 roku podjęła pracę w Ludowym Komisariacie do Spraw Narodowościowych. Wytrzymała tam pięć i pół miesiąca: „Próbowałam, żyły sobie wypruwałam – nic. Nie rozumiem. Nie rozumiem, czego ode mnie chcą… I, najważniejsze, nikt nie wierzy, że nie rozumiem, śmieją się… kropka w kropkę, jak w wieku piętnastu lat z algebrą (siedmiu – z arytmetyką). Pełne oczy i pusta kartka. To samo z krojem – nie rozumiem, nie rozumiem: gdzie w lewo, gdzie w prawo, w skroniach śruba, głowa jak z ołowiu. To samo ze sprzedażą na rynku, kiedyś z zatrudnieniem służącej, z całym moim stopudowym życiem ziemskim: nie rozumiem, nie mogę, nie wychodzi… wielka przysięga: nie będę pracować na posadzie. Nigdy. Choćbym miała umrzeć”. Lata 1919-1920 poetka przeżyła jedynie dzięki pomocy innych. Z nieumiejętności radzenia sobie – jak pisze Saakianc – uczyniła cnotę. „Mój dzień: – pisała w końcu listopada 1919 roku – wstaję – górne okno ledwie szarzeje – chłód – kałuże – pył od piły – wiadra – dzbanki – szmaty – wszędzie dziecięce sukienki i koszulki. Piłuję. Rozpalam. Myję w lodowatej wodzie ziemniaki, które gotuję w samowarze… Samowar rozpalam gorącym węglem, który w tej właśnie chwili wyciągam z pieca… Potem sprzątanie… potem pranie, mycie naczyń: miska do mycia szklanek i prymitywny dzbanuszek bez rączki «do przedszkola»… Trasa: do przedszkola (Mołczanowka 34) zanieść naczynia, – Starokoniuszennym na Priczistienkę po zwiększoną [rację], stamtąd do stołówki Praskiej (na kartkę od szewców), z Praskiej (Sowieckiej) do byłego Generałowa – czy nie wydają akurat chleba – stamtąd znów do przedszkola, po obiad – stamtąd schodami dla służby, obwieszona dzbankami, menażkami i puszkami – ani jednego wolnego palca! i jeszcze przerażenie: czy nie wypadła z koszyczka torebka z kartkami?! – schodami dla służby – do domu. Od razu do pieca. Węgiel jeszcze się tli. Rozdmuchuję. Rozgrzewam. Wszystkie obiady – do jednego garnka: zupa jak kasza… Karmię i układam Irinę… Parzę kawę. Piję. Palę. O dziesiątej dzień się kończy. Niekiedy piłuję i rąbię na jutro. O jedenastej albo dwunastej też jestem w łóżku. Uszczęśliwiona żarówką przy samej poduszce, ciszą, zeszytem, papierosem, niekiedy – chlebem…”.

Pod koniec lat dziesiątych Marina Cwietajewa – przypominam kłopoty z robótkami ręcznymi: a więc nie miała szans na zostanie Penelopą – poznała Jurija Zawadskiego i, oczywiście, zakochała się. To z myślą o nim, a może jeszcze bardziej o aktorce Sofii (Soni) Holliday – obie później rywalizowały o jego względy (to nic, że zakochanego w młodym poecie Pawle Antokolskim) – pisała swoje dramaty Feniks, Fortuna, Przygoda, Kamienny anioł. „Przede mną – wspominała poetka – malutka dziewczynka. […]. Z dwoma czarnymi warkoczami, z dwojgiem ogromnych czarnych oczu, z płonącymi policzkami. Przede mną – żywy pożar. Płonie wszystko, płonie – cała… I spojrzenie z tego pożaru – takiego zachwytu, takiej rozpaczy, takie: boję się! takie: kocham!”. Nieznajomych Holliday łatwo przekonywała, że ma czternaście lat i jej wierzono, bo niezwykle przekonująco grała narzuconą sobie rolę lolitki. W Opowieści o Sonieczce Cwietajewej czytamy: „Nigdy z nią nie całowałyśmy się: tylko witając się i żegnając. Ale często obejmowałam jej ramiona, w geście obrony, ochrony, starszeństwa…” *[Biografowie wymieniają jeszcze inne kobiety obecne w życiu Mariny Cwietajewej: Nadię Iłowajską, Asię Turgieniewą (żonę Andrieja Biełego), Tanię Kwaninę, Sałomeę Andronnikową.].

Zapewne też wtedy zapisała: „Męskie we mnie: Obawa przed obrażeniem pocałunkiem. Uczucie: zaufałeś mi, a ja – . Tak było z Wołodią Aleksiejewem [1892-1920, aktor – T K.], z którym ani razu – dlatego, że naprawdę mi zaufał. Uczucie – po pocałunku – haniebnego zwycięstwa, zawstydzającego triumfu. Nuda zwycięstwa. Nieumiejętność bycia kochaną: nie ma nic do roboty”.

Wiosną 1920 roku w życiu Cwietajewej pojawił się malarz Nikołaj Wyszesławcew, w którym beznadziejnie i bez wzajemności zakochała się. Poświęciła mu 27 wierszy.



Jedni są z głazu, drudzy są z gliny –

A ja błyskam i srebrzę się cała!

Mój los – to zdrada, imię – Maryna,

Ja – morska piana niestała.

(M. Cwietajewa, Jedni są z głazu, drudzy są z gliny …, tłum. J. Salamon)



W końcu listopada 1920 roku poznaje młodego, dwudziestoczteroletniego, poetę Jewgienija Łann-Łozmana, który przywiózł wiadomość od Maksa Wołoszyna z Krymu. Romans z młodym poetą trwa dwa tygodnie. Ośmioletnia Ala Efron prowadzi w tym czasie ożywioną korespondencję z Pra, matką Maksa. „Dzień za dniem przechodzą – pisze pod koniec listopada 1920 roku – niczym sobowtóry. Wiadomo, że Marina będzie rąbać cudze szafy i kosze, ja będę sprzątać pokoje. […]. Do nas prawie nikt nie przychodzi. Prawdziwych przyjaciół nie ma. […]. Marina sprzedaje francuskie książki. Żyliśmy dłuższy czas bez światła. W Moskwie źle się żyje, nie ma drewna. Rankami chodzimy na rynek. […]. Wszyscy handlują. Marina nie umie handlować, albo ją oszukują, albo zrobi się jej kogoś żal i oddaje za darmo. Nasz dom jest cały rozwalony i stare są wszystkie suknie”.

Pod koniec stycznia 1921 roku nowa i jak zawsze krótka fascynacja. Tym razem Boris Biessarabow, „18 lat, komunista. Bez butów. Nienawidzi Żydów” (list do Łann-Łozmana). I potem jak zawsze ogromne rozczarowanie przechodzące w niechęć, może w nienawiść: „Wsłuchuję się nie tylko w ból, ale także w młodego czerwonoarmistę (komunistę), z którym przyjaźniłam się przed Pańską książką, w którym widziałam i Rosję Radziecką i Świętą Ruś, a teraz widzę, że jest to po prostu zarozumiały stróż, a przepędzić nie mogę. Słyszę głupi, chamski śmiech i pokrzykiwanie: – «Ech, do diabła! Nie kapuję» – i czuję się znieważona do zlodowacenia, a nic nie mogę zrobić” (list do Wołkonskieg). I zaraz nienawiść przechodzi w nową fascynację, której tym razem na imię Emilij. Emilij Mindlin.

Ale rok dwudziesty pierwszy upływał poetce pod znakiem głębokiego, tym razem platonicznego (nie z jej winy) uczucia, „bezużytecznego pożaru” do dużo od siebie starszego, sześćdziesięcioletniego księcia Siergieja Wołkonskiego (1860-1939), wnuka znanego dekabrysty. „[…] Kochałam – pisała – […] nie znoszącego kobiet. Z całą nieodpowiedzialnością, z całą żarliwością kochałam i wreszcie zdobyłam go – we władanie wieczne! Pokonałam uporem miłości. Kobiet nie nauczył się kochać, nauczył się kochać miłość!” On, jak opowiadał zgorszony ojciec Aleksandr Turincew (wcześniej sam nieźle zapowiadający się poeta), „wolał chłopców”; ona nieprzytomnie zakochana gotowa była złożyć mu w ofierze – zamiast siebie, przez niego niechcianej – „kogoś odpowiedniego”, kogoś „pięknego i życzliwego”, kogoś „takiego, jak Emilij Mindlin, z Krymu, 18 lat”.

14 lub (jak podają współcześni, przywiązani do obowiązującego wcześniej w Rosji kalendarza juliańskiego) 1 lipca 1921 roku przekazano jej list od męża, który jak wielu jego towarzyszy broni odnalazł – po miesiącach tułaczki – przystań w życzliwej i przyjaznej wygnańcom z Rosji Czechosłowacji. Cwietajewa jest szczęśliwa. Natychmiast pisze odpowiedź. Wyznaje miłość. W brudnopisie. W kilku wariantach stylistycznych. Jedni dojrzą w tym zabiegu świadome studzenie uczuć i zabijanie ich spontaniczności, inni – troskę genialnej artystki, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”: „Jeśli ze szczęścia się nie umiera – to – […] – ze szczęścia kamienieje. […]. Skamieniałam. – Łzy – Łzy po trzech godzinach”, „Mój Sieriożeńko! Jeśli ze szczęścia się nie umiera, to – w każdym razie – kamienieje. Skamieniałam. Ostatnie wieści o Panu […]: Pański list do Maksa [Wołoszyna – T. K.]. Potem pustka. Nie wiem, od czego zacząć. -Wiem, od czego zacząć: od tego, czym zakończę: mojej miłości do Pana”. Była jak zawsze szczera, wierzyła w każde swoje słowo i przez tych kilka godzin, kiedy pisała kolejne warianty listu, naprawdę kochała męża. Jednak miłość do niego zakleiła razem z listem w kopercie i natychmiast o niej zapomniała. Teraz znów kochała Wołkonskiego. A może już kogoś innego. Najmocniej, najczulej, najszczerzej.

Przez następnych kilkanaście miesięcy zdesperowany Siergiej Efron nakłaniał żonę do wyjazdu z Rosji Radzieckiej i wreszcie 11 maja 1922 roku opuściła ona z Ariadną Moskwę, by po czterech dniach dotrzeć przez Rygę do Berlina. Wśród osób ją żegnających nie było siostry – jak niejednokrotnie wcześniej, tak i teraz poróżnił je mężczyzna, o którego względy walczyły ze sobą. Wśród witających na dworcu berlińskim nie było męża. Spóźnił się. Trzy tygodnie. I dopiero, kiedy już 7 czerwca dotarł do Niemiec, to zrozumiał, że byłoby lepiej dla niego, gdyby Cwietajewa została w Moskwie. Tam nie spotkałaby Abrama Wiszniaka, redaktora wydawnictwa „Gielikon”, z którym tu nawiązała – jak to elegancko określono – „przelotny romans”. Gdyby to była cała prawda o tym związku, to Efron nie wyjechałby po dwóch tygodniach sam do Pragi, a my wszyscy bylibyśmy pozbawieni możliwości przeczytania kilku jej listów z przełomu czerwca i lipca: „Nie przeceniam Pana w swoim życiu – Jest Pan lekki nawet na mojej stronniczej (miłosiernej!, niesprawiedliwej!) wadze. Nawet nie wiem, czy jest Pan w moim życiu? W przestrzeni duszy mojej […] – nie. Ale w tym: obok duszy, w jakimś między, w tym, co przedsenne, […], tam Pan nie tylko jest, tylko Pan tam jest. (Teraz!)” (17 czerwca 1922); „Mój mały, takich listów do nikogo nie pisałam. Znam wszystko: i Pańską powierzchowność, i niepoważność, i pustkę (bowiem Pan jest – pusty), ale Pańska ziemska powierzchowność (wyrachowana wrażliwość na duszę innego) jest mi droższa od innych dusz” (19 czerwca 1922); „Moje dziecko (pozwoli Pan!) – mój chłopcze! Jeśli niekiedy nie odpowiadam wprost, to dlatego, że pewnych słów w pewnych ścianach nie znosi powietrze. (Ściany wszystko znoszą […]”; „Być może powiesz mi: – Taka jak ja nie jest Ci potrzebna. I na to zgoda. Na jedno nie ma zgody – na kłamstwo. Chcę, żebyś kochał mnie całą, taką, jaka jestem. To jedyna możliwość (być kochaną – lub niekochaną). Czuję się Pańska, jak nigdy niczyja. Już nie boję się słów. […] Mimo wszystko od Ciebie odejdę (z Ciebie – wyjdę). Odejdę od nieśmiałości, zakłopotania – o moim bólu nie będziesz wiedzieć. […]. Przyciskam Twoją rękę do ust. Pisz do mnie. Pisz więcej. Będę spać z Twoimi listami, jak spałabym z Tobą. Potrzebuję od Ciebie czegoś żywego” („20-go czerwca 1922 r., godz. 4.30 rano {a o 2 godz. rozstaliśmy się!}”); „Pan leży, wchodzę, siadam z brzegu, podnoszę do ust rękę, wtulam się, podziwiam, kocham. Za oknem – wielkie życie, obce, nic nas nie obchodzi, wszystko jest takie proste: Pan, ja. I cała noc przed nami. Opowiadam Panu jakieś nonsensy, śmiejemy się – nic miłosnego! – noc jest nasza, robimy, co chcemy. Ale noc jest jeszcze swoja, własna, z własnymi regułami, i oto – przez śmiech, dowolność, pianę – prawda: jedyna: usta do ust. Pan uroczo całuje (proszę zniszczyć moje listy), bez naciskania – delikatnie […], wytrwale i ostrożnie, z każdą setną sekundy głębiej, jak człowiek, który chce pić – i nie od razu…” (26 czerwca 1922); „To wkrótce się skończy – przeczuwam to – odejdzie z powrotem, pod powieki, za usta – Pan nic nie straci, wiersze pozostaną. Zycie wspaniale rozwiąże zadała nie, nie grozi Panu ukrzyżowanie (niech mi Bóg wybaczy i Pańskie poczucie taktu – niestosowność porównania). Kochany! Poza miłymi marnościami: zazdrościami, czułościami, wiernościami – oto co, pod pustym niebem: Jest mi Pan drogi. Ale przy Panu nie mam czym oddychać. Wiem, że w ważnych godzinach życia (kiedy Pan nie będzie miał czym oddychać, jak zwierzę duszące się we własnym futrze) – mając za sobą męskie przyjaźnie, kobiece miłości i rodzinne świętości -przyjdzie Pan do mnie. Po swą nieśmiertelną duszę. A teraz – dobranoc” (9 lipca 1922).

Do Czechosłowacji wyjechała 31 lipca 1922 roku *[Kraj ten wypłacał wielu emigracyjnym twórcom rosyjskim stypendia (np. Marina Cwietajewa – 600 koron, według innych źródeł 1000 koron; Jewgienij Czirikow – 1200 koron; Wasilij Niemirowicz-Danczenko – 1500 koron; obiad w studenckiej stołówce kosztował 3,50). Na jednym z wieczorów organizowanych przez fednotę Czesko-Rosyjską Cwietajewa poznała Annę Teskovą (1872-1954). Tak zaczęła się ich wieloletnia znajomość. Między 15 listopada 1922 roku a 12 czerwca 1939 roku Cwietajewa napisała do niej 135 listów.], by tam w ciągu trzech lat przeżyć swoje najbardziej burzliwe romanse. Wcześniej przypuszczała – teraz już była pewna, że bez miłości nie potrafi tworzyć (a więc: żyć), że musi kogoś kochać i że musi powtarzać rytualne wyznania, gesty powitań i rozstań. „Jeśli ci dzisiejsi nie mówią «kocham» – pisała w eseju z roku 1934 – to ze strachu, po pierwsze, żeby się nie wiązać, po drugie, żeby nie dać za wiele; nie obniżyć własnej ceny. Z największego egoizmu. Tamci (my) nie mówili «kocham» zdjęci mistycznym strachem, bali się, że nazywając miłość zabijają ją, i głęboko przekonani, że istnieje coś wznioślejszego od miłości, nie chcieli tego pomniejszyć, powiedziawszy «kocham», powiedzieć za mało”. Zawsze beznadziejnie zakochana, przypisywała partnerowi równie wielkie i romantyczne uczucie (a z reguły było inaczej) i gdy jej miłość po kilku tygodniach czy miesiącach gasła, sądziła, że On (jak w niedawnej przeszłości Wiszniak i w nieodległej przyszłości Bachrach, Słonim, Rodziewicz…) nie podniesie się po takim ciosie. A On zmęczony (znużony, znudzony, przerażony, zniecierpliwiony) jej zaborczością, prawdopodobnie oddychał z ulgą i powracał do kobiet o temperaturze uczuć nie przekraczającej 37 stopni. W jej życiu zaś pojawiał się ktoś następny, kogo znów kochała do szaleństwa pierwszą miłością. To był jej danse macabre, w którym fizyczna obecność obiektu pożądania nie była zresztą nieodzowna. Aleksanda Bachracha znała jedynie z publikacji, ale ten epistolarny romans (z bardzo zaskoczonym adresatem w tle) przebiegał wedle wszelkich praktykowanych przez nią reguł gatunku: w listach wyznawała mu miłość, w listach spędzała z nim noce i (już do szaleństwa zakochana w Konstantinie Rodziewiczu) listownie z nim zrywała. Było to tak. Początkujący, dwudziestojednoletni krytyk literacki opublikował recenzję Rzemiosła, tomiku wierszy znanej poetki emigracyjnej. Ona – pochłonięta w tym czasie listowną grą wstępną prowadzoną może z Aleksiejem Czabrowem, a może z kimś innym – odczytała jego tekst jako zaproszenie do wyznań miłosnych. Nieznanego sobie recenzenta uczyniła jeszcze jednym bogiem w swoim panteonie, jeszcze jednym herosem w swojej mitologii i 9 czerwca 1923 roku wysłała do niego pierwszy list. Te następne, sierpniowo-wrześniowe – pozostające najczęściej bez odpowiedzi przerażonego erupcją jej epistolarnych uczuć Bachracha – są, jak zawsze u Cwietajewej, neurotycznym zapisem kolejnych stanów (nadziei, rozczarowania, lęku, rozpaczy) kobiety zakochanej, jej „kroniką wypadków miłosnych”: „[…] Nacierpiałam się w tym miesiącu. […] Na żaden z moich ostatnich listów nie otrzymałam odpowiedzi […]. Proszę przez sekundę być mną i zrozumieć, ani linijki, ani słowa, cały miesiąc, dzień za dniem, godzina za godziną. […]. Bez przerwy o panu myślałam […]. I odczuwałam taki ból utraty, taki żal za żywą moją duszę, taką gorycz, że – gdyby nie wiersze. O, tak tego chciałam: obcego i tępego ciała, bez duszy […]. Przyjacielu, nie jestem malutką dziewczynką (chociaż z czegoś nigdy nie wyrosnę), parzyłam, parzyłam się, płonęłam, cierpiałam – wszystko było! – ale tak się roztrzaskać, jak roztrzaskałam się o Pana – nigdy o nikogo. […]. W ostatnich dniach […] odczuwałam wobec Pana żartobliwą pogardę, wiedziałam, że i na ten list Pan nie odpowie i z moich ust […] już niepowstrzymanie wyrywało się: cham! […]. Byłam o krok (wczoraj!) od innego człowieka – po prostu ust. Odprowadzałam go na dworzec, staliśmy w świetle księżyca, jego zimna jak lód ręka była w mojej, ręce nie rozstawały się, słowa pożegnania już się skończyły, patrzyliśmy, nie patrzyliśmy, i ja: «Gdyby…» i jakoś tak tracąc oddech… «Gdyby…» (teraz nie był taki duży księżyc.) i cichutko uwalniając rękę: «Dobranoc!» -Proszę mnie nie osądzać. Gdyby… Pan mnie znał (Zrozumiałby Pan, że Pana teraz nie kocham, kocham innego. 1932 r., natomiast w oryginale: 1923) Zrozumiałby Pan, że do ust tego miłego, czułego, wesołego, obcego człowieka popchnęła mnie po prostu – rozpacz. To było wczoraj, przed północą. Odjeżdżał ostatni pociąg”. I jeszcze: „Nie jestem księgą przychodów i rozchodów, jestem samym rozchodem i samym kredytem” (27 sierpnia 1923); „Przecież ja się nie nadaję do życia. We mnie wszystko jest pożarem! Mogę być związana z dziesięcioma (niezłe «związki») naraz i każdego z najgłębszej głębi zapewniać, że jest – jedyny. A najmniejszego choćby odwrócenia głowy ode mnie – nie toleruję. To mnie boli, rozumie Pan? Jestem człowiekiem odartym ze skóry, a wy wszyscy macie pancerze. Wszyscy macie: sztukę, towarzystwo, przyjaźnie, rozrywki, rodzinę, powinności, ja zaś, do samej głębi, nie mam ni-cze-go. Wszystko tracę jak skórę, a pod skórą – gołe mięso albo ogień: jestem Psyche. Nie mieszczę się w żadnej formie, nawet w tej najobszerniejszej – moich wierszy! Nie mogę żyć. Wszystko nie jak u ludzi. Mogę żyć tylko we śnie, w zwykłym śnie, który się śni: oto spadam z czterdziestego piętra w San Francisco, jest świt, i ktoś mnie goni, jakiś obcy – i – od razu – całuję, zaraz zostanę zabita – i lecę. Nie opowiadam bajek, śnią mi się cudowne i straszne sny, z miłością, śmiercią, to moje najprawdziwsze życie, bez przypadkowości, jak fatum, w którym wszystko się spełnia” (10 września 1923);



Mój Drogi Przyjacielu, Niech Pan zbierze całą swoją odwagę i wysłucha mnie: coś się skończyło.

A teraz, najtrudniejsze już za nami, proszę słuchać dalej.

Kocham innego [Konstantina Rodziewicza – T. K.] – prościej, brutalniej i bardziej szczerze powiedzieć się nie da.

Czy przestałam Pana kochać? Nie. Pan się nie zmienił i nie zmieniłam się – ja. Zmieniło się jedno: moje skupienie aż do bólu na Panu. Nie przestał Pan dla mnie istnieć, to ja przestałam istnieć w Panu. Moja chwila z Panem dobiegła końca, pozostaje moja wieczność z Panem. […].

Jak to się stało? […]. Nie wiem. […]. Co z tego wyjdzie – nie wiem. Wszystko jedno: bardzo boli. Wychodzę naprzeciw cierpieniu 54 (20 września 1923).

Dwa dni później (już dwa dni później? już dwa dni później!) pisze list do Konstantina Rodziewicza, swojej nowej miłości: „Arlekinie! – Tak Pana nazwałam. Pierwszy Arlekin w życiu, przez które przewija się niezliczona ilość Pierrotów! Po raz pierwszy kocham człowieka szczęśliwego i może po raz pierwszy szukam szczęścia, a nie strat, chcę wziąć, a nie dać, być, a nie zginąć!” Nigdy wcześniej nie pisano po rosyjsku z taką otwartością o seksie, nigdy wcześniej Rosjanka z taką naturalną prostotą nie pozbywała się tabuistycznego gorsetu pruderii: „Mój Arlekinie, mój Awanturzysto, moja Nocy, moje szczęście, moja namiętności. Teraz się położę i wezmę Ciebie do siebie. Najpierw będzie tak: moja głowa na Twoim ramieniu, coś mówisz, śmiejesz się. Przyciskam Twoją rękę do ust – zabierasz, nie zabierasz – Twoje usta na moich, głębokie dotknięcie – śmiech zamarł, słów – nie ma – i bliżej, i głębiej, i goręcej, i delikatniej – i zupełnie już nie do wytrzymania rozkosz, którą tak cudownie, tak cudownie, tak biegle przedłużasz. Przeczytaj i przypomnij sobie. Zamknij oczy i przypomnij sobie. Twoja ręka na mojej piersi – przypomnij sobie. Dotknięcie ustami piersi. […]. Przyjacielu, cała jestem Twoja”.

To był z całą pewnością mężczyzna jej życia, który ją najlepiej rozumiał („Pan jest jedyny, który poprosił mnie o mnie całą, który mi powiedział: miłość – jest. Tak Bóg wchodzi do życia kobiet”), który obudził w niej odruchy wcześniej odrzucane jako zbyt sentymentalne, nauczył być po kobiecemu słabą i bezbronną („Spałam dziś w Pańskim szlafroku. Nie wkładałam go od tamtego czasu, ale dziś poczułam się taka samotna i zrozpaczona, że włożyłam go, jako cząsteczkę Pana”) i który być może był ojcem jej najmłodszego dziecka (tak twierdzi m.in. Wieronika Łosska).

Równie zachwycone były nim siostra Mariny („Widziałam bohatera Poematu Góry – K. B. R. Takiego – właśnie takiego, jedynie z surowszą i ciemniejszą twarzą – wyobrażam sobie Andrieja Bołkonskiego. Ale ten człowiek był dotknięty skrzydłem polskiego chłodnego czaru. Niewysoki, delikatny”) i – do czasu poślubienia go – Maria Bułgakowa (1898-1979, córka znanego filozofa Siergieja), która męża i jego kochankę wspominała raczej chłodno: „[…] Byłam zakochana w kochanku Mariny. Potem wyszłam za niego za mąż. To był człowiek amoralny […], czarująca świnia […], kompletna miernota […]. Pewnego razu było mi bardzo przykro, już po naszym ślubie, gdy w jego kieszeni znalazłam przywołujący płomienny bilecik od niej. Zawsze tak postępowała. Jakież to obrzydliwe! […] Wobec męża była okropnie grubiańska, ona zresztą w stosunku do wszystkich była grubiańska”. Najbardziej obiektywną i wiarygodną, bo niezaangażowaną emocjonalnie, ocenę tego związku pozostawił Mark Słonim, pisząc, iż Rodziewicz „[…] był oszołomiony i przestraszony falą niepohamowania Mariny, która napłynęła na niego i uciekał przed burzą i grzmotami do cichej przystani burżuazyjnego życia i przyzwoitego małżeństwa”.

Bachrachowi (jeszcze nie został zapomniany) Cwietajewa powierzyła na przełomie lat 1923/1924 rolę powiernika, w której czuł się znacznie pewnej niż w swoim wcześniejszym wcieleniu – „mrocznego obiektu pożądania”. W październiku pisała więc o coraz wyraźniej uświadamianej sobie miłości do Borisa Pasternaka, a 10 stycznia już w czasie przeszłym i już chyba po raz ostatni o Rodziewiczu, bohaterze jej Poematu Góry i Poematu Końca: „W miłości są, mój drogi, kochani i kochający. I są jeszcze ci trzeci: kochankowie. On był kochankiem miłości. […]. Z nim byłam szczęśliwa. (Nigdy o tym nie myślałam!). Z nim chciałabym mieć syna. (Nigdy się to nie zdarzy!)”.

Już później, w liście do Wiery Bunin (1881-1961), żony noblisty, wyrazi też żal, że przed laty nie porzucając rodziny, dokonała fatalnego wyboru: „Być może (głupia byłam!) beze mnie byliby szczęśliwi: o wiele szczęśliwsi niż ze mną! Teraz mówię – z pewnością. Ale któż mógł mnie – wtedy przekonać?! Byłam tak pewna (a oni mi uwierzyli!), że jestem niezastąpiona, że beze mnie – umrą. A teraz jestem dla nich – szczególnie dla S., bo Ala już dawno mnie strząsnęła – ciężarem, karą boską.

Przecież żyjemy całkiem osobno. Mur? Odpowiem już postawionym znakiem zapytania. Nic nie wiem. Wszyscy oni chcą żyć, działać, spotykać się z ludźmi, «budować życie», choćby własne […]”.

Siergiej dużo wcześniej zrozumiał, że w życiu uczuciowym Mariny nie ma już dla niego miejsca, ale z jakąś masochistyczną pedanterią rejestrował przez wszystkie te lata niespokojny rytm serca żony.

Drogi Maksie – pisał do Maksimiliana Wołoszyna – Twój cudowny, serdeczny list otrzymałem już dawno, ale jakoś przez cały ten czas nie mogłem Ci odpowiedzieć. Jedynym człowiekiem, któremu mógłbym wszystko powiedzieć, jesteś oczywiście Ty, ale i do Ciebie trudno jest mi mówić. Trudno, ponieważ dla mnie w tej dziedzinie to, co powiedziane, staje się dokonane i chociaż nie żywię jakiejkolwiek nadziei, powstrzymywała mnie zwykła ludzka słabość. Wypowiedziane pociąga za sobą konieczność określonych działań i postępków z mojej strony, i tu gubię się całkowicie. Moja słabość, kompletna bezradność, ślepota M. oraz litość dla niej, świadomość beznadziejnego ślepego zaułka, w który zabrnęła, moja niezdolność, by pomóc jej w sposób zdecydowany i radykalny, niemożność znalezienia dobrego wyjścia – wszystko to sprawia, że znalazłem się w martwym punkcie. Wyszło tak, że każda droga z rozstajów może prowadzić do zguby.

M. jest człowiekiem namiętności: w znacznie większej mierze niż wcześniej – przed moim wyjazdem. Poddanie się od stóp do głów swojemu huraganowi – to dla niej konieczność, powietrze jej egzystencji. Kto tym razem wywołuje ów huragan – nie ma znaczenia. Prawie zawsze (teraz tak samo, jak wcześniej), a właściwie zawsze wszystko zbudowane jest na oszukiwaniu samej siebie. Wymyśla się człowieka – i zrywa się huragan. Jeżeli miałkość i ograniczoność sprawcy huraganu ujawniają się szybko, M. oddaje się równie żywiołowej rozpaczy. To stan, w którym ułatwione jest pojawienie się nowego sprawcy. Co – nieważne, ważne – jak. Nie istota, nie źródło, lecz rytm, szaleńczy rytm.

Dziś rozpacz, jutro zachwyt, miłość, oddawanie siebie bez reszty, a następnego dnia znów rozpacz.

I wszystko to przy przenikliwym, chłodnym (bodaj po wolteriańsku cynicznym) umyśle. Wczorajsi sprawcy poruszenia dziś zostają dowcipnie i złośliwie wyśmiani (prawie zawsze słusznie). Wszystko trafia do księgi. Wszystko zostaje spokojnie, z matematyczną precyzją, odlane w formułę. Aby napalić w olbrzymim piecu potrzebne są drwa, drwa i drwa. Zbędny popiół trzeba usunąć, jakość drew nie ma znaczenia. Dopóki ciąg jest dobry – wszystko przeistacza się w płomień. Gorsze drwa spalają się szybciej, lepsze – płoną dłużej.

Szkoda nawet mówić, że ja już dawno nie nadaję się na rozpałkę.

Kiedy przyjechałem na spotkanie M. do Berlina, już wtedy z miejsca poczułem, że niczego nie mogę jej dać. Kilka dni przed moim przyjazdem piec rozpalił ktoś inny [Abram Wiszniak – T. K.]. Nie na długo. Ostatnim etapem – najtrudniejszym dla mnie i dla niej samej – było spotkanie z moim przyjacielem z Konstantynopola i Pragi, człowiekiem całkowicie odległym od niej, z którego długo pokpiwała. Mój wyjazd na tydzień stał się zewnętrzną przyczyną nowego huraganu. Dowiedziałem się o tym przypadkiem. Chociaż przyjaciół swoich poinformowała w listach.

Trzeba było w jakiś sposób skończyć z tym niedorzecznym wspólnym życiem, wypełnionym kłamstwem, nieudolną konspiracją itp. truciznami.

Tak też zdecydowałem. Zrobiłbym to wcześniej, ale bałem się ciągle, że wyolbrzymiam fakty, że M. nie może mnie oszukiwać etc.

Ostatni incydent wydobył na jaw całe poprzedzające go pasmo podobnych. Poinformowałem więc M. o mojej decyzji rozejścia się. Przez dwa tygodnie szalała. Miotała się pomiędzy jednym a drugim. (Na ten okres przeprowadziła się do znajomych). Nie spała po nocach, schudła, po raz pierwszy widziałem ją w takiej desperacji. I wreszcie oznajmiła, że nie może mnie opuścić, ponieważ świadomość, że przebywam gdzieś tam w samotności, nie da jej ani minuty nie tylko szczęścia, lecz po prostu spokoju. (Niestety, wiedziałem, że tak właśnie będzie). Mógłbym być stanowczy, gdyby M. odchodziła do człowieka, któremu bym ufał. Wiedziałem jednak, że ten drugi (mały Casanova) po tygodniu porzuci M., a w jej stanie byłoby to równe śmierci.

M. zmierza do zagłady. Ziemia dawno już usunęła się jej spod stóp. Mówi o tym bezustannie. Gdyby nawet nie mówiła, dla mnie byłoby to oczywiste. Nieobecność tamtego podgrzewa jej uczucia. Wiem, że jest przekonana, iż utraciła swoje szczęście. Ma się rozumieć, do kolejnego rychłego spotkania. Żyje teraz wierszami do niego. W stosunku do mnie absolutna ślepota. Niemożność kontaktu, bardzo często rozdrażnienie, prawie złość. Jestem równocześnie kołem ratunkowym i kamieniem u szyi. Uwolnić jej od tego kamienia nie można, nie wyrywając jednocześnie ostatniej słomki, której się trzyma.

Moje życie jest ciągłą torturą. Przebywam we mgle. Nie wiem, co postanowić. Każdy kolejny dzień jest gorszy od poprzedniego. Przygnębiająca samotność we dwoje. Bezpośrednie poczucie życia zabijane jest przez litość i poczucie odpowiedzialności. Co godzinę zmieniam swoje decyzje. Może to po prostu moja słabość? Nie wiem. Jestem zbyt stary, żeby być okrutnym, i zbyt młody, żeby, będąc obecnym, być nieobecnym. Ale moje „dziś” jest jednym gniciem. Jestem do tego stopnia rozbity, że wszystko w życiu budzi moją odrazę, jak w ciężkiej chorobie. Jakieś takie powolne samobójstwo. Co robić? Gdybyś mógł z daleka wskazać mi właściwą drogę!.. …Co robić? Długo to współżycie trwać nie może. Albo ja zginę [nieczytelne]. W życiu osobistym jest to stały pierwiastek destrukcji. Przez cały ten czas próbowałem delikatnie przygotować M. i siebie do mającego nastąpić rozstania. Ale jak to zrobić, kiedy M. ze wszystkich sił stara się o coś odwrotnego. Jest przekonana, że teraz, kiedy ofiarnie wyrzekła się swojego szczęścia, wykuwa moje. Starając się zachować pozorny kształt wspólnego życia, myśli, że mnie tym usatysfakcjonuje. Gdybyś wiedział, jakie to jest trudne i zagmatwane. Uczucie przygniatającego ciężaru nie opuszcza mnie ani na sekundę. Wszystko wokół mnie jest zatrute. Ani jednego silnego pragnienia – tylko ból. Utrata, która runęła mi na głowę, jest tym straszniejsza, że przez ostatnie lata, które przeszły na Twoich oczach, najbardziej, być może, żyłem Mariną. Tak mocno, prostolinijnie i niezachwianie ją kochałem, że bałem się jej śmierci.

M. stała się tak nieodłączną częścią mnie, że teraz, gdy staram się rozdzielić nasze drogi, odczuwam taką pustkę, stan takiego poszarpania wewnętrznego, że próbuję żyć z zaciśniętymi powiekami. Nie czuć samego siebie – to, być może, jedyne moje pragnienie. Złożoność sytuacji pogłębia jeszcze moja podstawowa cecha. Zawsze, od dziecka, uczucie „nie mogę inaczej” silniejsze było we mnie niż uczucie „tak chcę”. Przewaga statyki nad dynamiką. Teraz cała moja statyka poszła do diabła. A w niej była cała moja siła. Stąd kompletna bezradność. Z przerażeniem oczekuję nadciągających dni i miesięcy. „Przyciąganie ziemskie” pcha mnie w dół. Ze wszystkich sił próbuję się wygramolić. Ale jak i dokąd?

Gdybyś był obok, wiem, pod wieloma względami udałoby Ci się pomóc M. Prawie nie rozmawiam z nią o tym, co najważniejsze. Ogłuchła na mnie i na moje słowa. Zresztą może nie o jej głuchotę chodzi, tylko o mnie samego. Ale o tym innym razem.

Tylko do Ciebie piszę ten list. Nikt jeszcze nic nie wie. (A może już wszyscy wiedzą). 22 stycznia 1924.

Ten list nosiłem chyba z miesiąc. Wciąż nie miałem odwagi wysłać. Dzisiaj – zdobywam się na nią.

Nadal żyjemy z M. razem. Uspokoiła się. A ja odłożyłem ostateczne rozwiązanie naszego problemu. Kiedy nie ma wyjścia, czas jest najlepszym nauczycielem. Nieprawdaż? Na szczęście jest dużo pracy, a to bardzo pomaga…

Po rozstaniu z Rodziewiczem Marina Cwietajewa szuka pociechy u (raz jeszcze) Aleksandra Bachracha i miłości u Marka Słonima. Miejsce Arlekina zajął w jej sercu Najdroższy i wszystko przebiegało według dobrze już znanego scenariusza. „Wyobrażała sobie – tłumaczył się we wspomnieniach Słonim – że mogę dać jej to wsparcie duchowe, zwłaszcza, że ja także w tym czasie rozstałem się z pierwszą żoną i w tym zbliżonym podobieństwie sytuacji osobistej M. I. dostrzegła rękojmię wzajemnego zrozumienia. Ale wtedy doszło do zderzenia naszych indywidualności, temperamentów i dążeń. Po pierwsze, jak zwykle, M. I. stworzyła sobie pewną iluzję: dojrzała we mnie wcielenie mocy ducha i wszelkich cnót, nie mając w istocie pojęcia o moim życiu osobistym, skłonnościach, namiętnościach i wadach. Takie bujanie w obłokach nie mogło trwać długo, a upadek, jak zawsze, przysporzył jej bólu i cierpień. Po drugie, wymagała od bliskich całkowitego oddania, bezwzględnego podporządkowania, wręcz ofiary, po czym chciała, aby złożył ją nie ktoś słaby, lecz silny, słabym by pogardzała”.

Był to kolejny burzliwy związek Mariny Cwietajewej z łatwo przewidywalnym – bo zawsze takim samym – pozbawionym happy endu zakończeniem. (Siostrą rutyny trwania w związku z osobą niekochaną może być nuda cyklicznie powtarzających się rozstań). „A z „najdroższym” – pisała 6 listopada 1924 r. do swojej przyjaciółki, Olgi Czernowej-Kołbasiny (1886-1964) – pogodziłam się – przedwczoraj. […] On był zwyczajny, otwarty, czuły, ludzki, ja – zwyczajna, otwarta, czuła, ludzka. […]. Rozstaliśmy się przyjaźnie – nie bez lekkiego skowytu w sercu – Dlaczego wszyscy zawsze w stosunku do mnie mają rację??”. Miesiąc później (3 grudnia) poetka nie miała już żadnych złudzeń: „Z «najdroższym» po Pani odjeździe widzieliśmy się dwukrotnie: raz, kiedy „godziliśmy się», drugi raz niedawno, w W[oli] R[ossii], w pośpiechu, przy ludziach, trzy minuty. Wyraźnie jest mi rad i wyraźnie jestem mu niepotrzebna […]. Poślę mu na Nowy Rok ten wiersz, który posłałam Pani («Jak się panu żyje z inną…»). Niech sieknie po sercu albo smagnie po ambicji. Tego wieczoru przynajmniej nie będzie mu smakował jego «miał gipsowy»”.

Próba zazdrości

Jak się panu żyje z inną?

Łatwiej, prawda? Pchnięcie wiosła

I – od brzegu? Z oczu zginął!

Szybko fala pamięć zniosła

O mnie, pływającej wyspie?

(O, nie po wodach – po niebie!)

Dusze, dusze! – siostry wyście,

Wam – miłośnicami nie być!

Jak się żyje ze zwyczajną?

Żoną? Świat – bez bóstwa – lepszy?

Królową z tronu strącając

(Samemu się go wyrzekłszy),

Jak się żyje – krząta – troszczy –

Dobiera się w korcu maku?

Myto wiecznej trywialności

Jak się spłaca mój biedaku?

„Konwulsji szarpiących tętno –

Starczy! Dom wynajmę nowy”.

Jak się panu żyje z jedną

Z wielu – memu wybrańcowi!

Swojskie jadło, święty spokój –

Tak? – Triumfu nie powstrzymuj! –

Tylko… jak się żyje z kopią

Panu – któryś deptał Synaj!

Jak się panu żyje z obcą

Tutejszą, rajsko-pierwotną?

Jowiszowej lejcy chłostą

Nigdy czoła wstyd nie dotknął?

Jak się żyje – wstaje – wiedzie –

Śpiewa w chórze rannych ptaków?

Ból sumienia – rany wiecznej –

Jak się znosi, mój biedaku?

Jak też żyje się z towarem

Rynkowym? Marże – niemałe!

Po marmurze z gór Carrary

Jak się panu żyje z miałem

Gipsowym? (Wykuty w bryle

Bóg – i znów skruszony do cna!)

Jak się panu żyje z byle

Jaką – któryś Lilith poznał!

Nowalijką sezonową

Sytyś pan? Gdy czary prysły –

Jak się żyje z tuzinkową,

Ziemską, bez szóstego zmysłu?

No, szczerze: więc jednak szczęście?

Nie? W zapaści bez głębiny –

Jak się żyje, miły? Ciężej?

Czy tak samo – jak mnie z innym?

(M. Cwietajewa, Próba zazdrości, tłum. W. Woroszylski)

I jeszcze inni adresaci, i jeszcze inne listy. I kiedy po kilkunastu latach Cwietajewa przepisuje do zeszytu fragment kolejnego brudnopisu („Nie chciałam do Pana pisać i nie myślałam o Panu […]”), odrobinę zakłopotana dodaje nagłówek-komentarz: „Z listu (do kogo??)”. Wprawdzie sumienni wydawcy ustalili po latach adresata (Mark Słonim), ale dopisek był niepotrzebny. Sądzę bowiem, iż listy miłosne – poczynając od tego do Piotra Efrona – traktowała Cwietajewa jako rodzaj ćwiczeń stylistycznych czy może raczej kolejny stopień wtajemniczenia w dążeniu do opanowania umiejętności zacierania granic między życiem a sztuką. Zazdrość wyrażana w liście oraz wiersz Próba zazdrości były dla niej elementami tego samego tekstu, którego bohaterowie są w tej samej mierze zarazem realni i fikcyjni. Ich personalia są dla poetki czymś umownym, do czego nie przywiązuje większej wagi. Zawartość zeszytów Cwietajewej nie pozostawia wątpliwości, że były to zachowania świadome i że można ją zaliczyć do osób, które Erich Fromm określał mianem narcystycznych, a więc niepotrafiących „[…] dostrzec realnego istnienia drugiej osoby, jako kogoś od niej odmiennego”.

W jakiejś mierze dotyczyło to również kontaktów (listownych i osobistych) z reprezentującym podobny zresztą typ osobowości Borisem Pasternakiem. Był on stale obecny w świadomości czy może raczej w podświadomości Mariny Cwietajewej, która w jednym z grudniowych listów roku 1924 wyrzuciła z siebie: „Potrzebny mi jest Pasternak – Boris – na kilka niewieczornych wieczorów – i na całą wieczność. Jeśli mnie to ominie – vie et vocation manquees. Na pewno ominie.

A żyć z nim pewnie tak czy owak nie potrafiłabym – bo za bardzo kocham…”. To na jego cześć chciała nazwać syna Borisem. „Borisem – pisała do Pasternaka 14 lutego 1925 roku – był przez dziewięć miesięcy w moim łonie i dziesięć dni na świecie, ale życzeniem S. (nie żądaniem) było, żeby nadać mu imię Gieorgij – ustąpiłam więc. Potem – ulga”. Tak nawiasem mówiąc, to ochrzcił go w Pradze ojciec Siergij, czyli Siergiej Bułgakow.

Kilka miesięcy później został zamknęły czeski rozdział w życiu Mariny, Siergieja i Ariadny. 31 października o 10.54 poetka opuściła Pragę, by następnego dnia znaleźć się w Paryżu.

Zmieniały się miasta i kraje, ale poziom i warunki życia rodziny Efrona pozostawały bez zmian. Znajomych szczególnie irytowało kontestowanie przez Cwietajewą tych najbardziej elementarnych cnót mieszczańskich: „Marina sama niczego nie umiała zrobić. […]. W ogóle Marina chodziła brudna, z brudnymi paznokciami, ręce miała pokaleczone i niemyte, wygrzebywała węgielki z pieca gołymi rękoma […], ubierała się śmiesznie i bez ładu, strzygła się sama, w domu”; „W domu brud był okropny, smród i wszędzie niedopałki. Na środku pokoju stał ogromny kosz na śmiecie”; „Dom był zdumiewająco niechlujny i zaniedbany, było jakoś niekobieco. Było w tym wszystkim nawet coś z zapału i masochizmu: oto jaka jestem! Czarne od węgla paznokcie – wkładała węgiel do pieca rękoma. Jakieś mieszkanie bez progu, prosto z ulicy do przedpokoju. Herbata była słaba i niesmaczna podobna do tej, którą pijemy teraz w Moskwie, zupełnie jak siuśki”; „W domu panował zawsze straszliwy bałagan”. Po jakimś czasie Marina miała już nawet pomysł na osiągnięcie stabilizacji finansowej, o czym 6 marca 1931 roku poinformowała zajmującą się działalnością filantropijną Raisę Łomonosowa (1888-1973): „I oto prośba. Przecież za 6-8 mies[ięcy] Siergiej] J[akowlewicz] na pewno będzie zarabiać (kinooperator). Ale – żeby jakoś dociągnąć – może opowie Pani o moim położeniu paru osobom, aby każda, co miesiąc coś dawała […]. Właśnie, co miesiąc, żeby wiedzieć. W rodzaju stypendium. Nam czworgu na życie trzeba tysiąc franków […]”. Prośba oczywiście nie wzbudziła entuzjazmu i należy się zgodzić z późniejszą opinią księżnej Zinaidy Szachowskiej: „Historia literatury wymaga bezstronności i szacunku dla siebie. Listy i dzienniki starszych pisarzy pierwszej emigracji czytamy jak książkę skarg i zażaleń. Oni cierpią z powodu biedy i braku czytelnika. Skarżą się i Bunin, i Riemizow. Im wszyscy pomagali: i osoby prywatne, i organizacje, i państwa. Tak samo pomagano Cwietajewej. Niedostatek – jak u wszystkich: czytelnika masowego nie było. Z poezji nikt nie mógł wyżyć i nie wyżyje. Na przykład los G. Iwanowa można porównać z losem Francoisa Villona. Ale winić za to emigracji nie można. […]. Krytyka być może była wobec niej okrutna, ale też i ona ich nie oszczędzała…”.

Nie oszczędzała nikogo, kto próbował jej życie sprowadzić do kieratowego rytmu codziennej krzątaniny niedającej się pogodzić z wyznawanymi przez nią wartościami etycznymi i estetycznymi. Wkrótce po swoim pojawieniu się w nowej stolicy emigracji rosyjskiej (wcześniej na to miano zasługiwał raczej Berlin) wywołała małą sensację towarzyską, próbując nawiązać romans z Mirskim, o którym Natalia Rieznikowa (żona znanego pisarza Aleksieja Riemizowa) powiedziała, iż „[…] kobiet szczególnie nie cenił: miał raczej inne skłonności”.

Ale rok 1926 upłynął poetce głównie pod znakiem trójkąta pocztowego z udziałem Pasternaka i Rainera Marii Rilkego, którego – niczym Bachracha – nigdy wcześniej nie spotkała i nigdy też nie miała spotkać. Już jednak w pierwszym liście (9 maja 1926) ogłuszyła go wyznaniem: „[…] Kocham Pana najbardziej na świecie” i zaproponowała przejście na ty; w następnym (13 maja) wysłała mu swoje zdjęcie („Oto moje zdjęcie – z paszportu – jestem jaśniejsza i młodsza. Potem przyślę lepsze i zrobione całkiem niedawno, w Paryżu”) i poprosiła o zrewanżowanie się; we wszystkich, z właściwą sobie finezją stylistyczną, wytwarzała nastrój zmysłowości (m.in. 2 sierpnia 1926: „I jeszcze, Rainerze, [….] – nie złość się, to przecież ja, ja chcę z Tobą spać – zasypiać i spać. […]. Po prostu – spać. I nic więcej. Nie, jeszcze: wcisnąć głowę pod Twoje lewe ramię, a rękę – na Twoje prawe – i nic więcej. Nie, jeszcze: nawet w najgłębszym śnie wiedzieć, że to Ty. I jeszcze: słuchać, jak bije Twoje serce. I – całować je” *[W wydanej ostatnio w Polsce monografii – marnej skądinąd – Henri Troyata (Marina Cwietajewa. Wieczna buntownica, tłum. W Sadkowski, Warszawa 2004) korespondencja Cwietajewej jest cytowana w przekładach z języka francuskiego i efekty są opłakane. W wersji Wacława Sadkowskiego Marina z wdziękiem traktorzystki z powieści produkcyjnej wyznaje, jak to Poeta Poecie, Rilkemu: „Chcę się z tobą przespać […]” (s. 151).]). Nie chciała dostrzec, że jej idol jest zmęczony i schorowany, że coraz trudniej ukryć mu zniecierpliwienie jej nadobecnością w jego mikrokosmosie uczuć i że poznana pod koniec dziewiętnastego wieku femme fatale Lou Andreas-Salome (ur. 1861 w Petersburgu, zm. 1937) wciąż miała pozostać największą miłością jego życia (to do tamtej pisał: „Przemierzałem ulice miasta, niosąc w ręku kilka róż… drżałem z pragnienia, by Cię gdzieś spotkać”). Ostatni list (z 7 listopada 1926), który dotarł do Rilkego przed śmiercią, zawierał pytanie dla Cwietajewej fundamentalne: „Czy mnie jeszcze kochasz?”. Dla niego – już niewarte odpowiedzi. Zmarł 29 grudnia. A dwa dni później pogrążona w żalu po utracie korespondencyjnego kochanka pisze „list pośmiertny”: „Kochany, uczyń tak, żebym często widziała Ciebie we śnie – nie, nie tak: żyj w moim śnie”. I dużo, dużo później powiedziała przy jakiejś okazji: „Po Rilkem nikogo nie kochałam […]”.

Być może tym właśnie sercem, ale Cwietajewą miała ich przecież kilka. To pierwsze dyktowało listy do poety austriackiego, to drugie – do poety rosyjskiego (26 maja 1926: „[…] Żyję z Tobą od rana do nocy, wstając do Ciebie i do Ciebie się kładąc”), to trzecie biło zawsze dla kogoś, kto był mniej sławny i mniej utalentowany od Rilkego i Pasternaka, ale miał jedną wielką zaletę. Był obok. I był młody.

„Moim współtowarzyszem – pisała 10 kwietnia 1928 roku do swojej czeskiej przyjaciółki Anny Teskovej – jest rasowy 18-letni szczeniak, uczy mnie wszystkiego, czego się nauczył w gimnazjum (o, sporo!) – ja jego tego wszystkiego, co do zeszytu”. Tak w jej życiu zaistniał Nikołaj Groński – utalentowany poeta, miłośnik długich spacerów, alpinista. Nastolatkowi schlebiało, że zabiega o niego dojrzała kobieta, wielka poetka, ale kiedy na początku 1931 roku zakochał się w swojej rówieśniczce, to demonstracyjnie zmienił dedykacje w wierszach pierwotnie poświęconych Cwietajewej.

Ona nigdy nie była prymuską na kursach życiowej mądrości, nigdy nie zależało jej na opinii innych i nigdy nie bała się narażenia na śmieszność. Na początku lat trzydziestych poznała w Paryżu znaną ze swych homoseksualnych skłonności Nathalie Barney (1876-1972), autorkę Myśli Amazonki (Pensees d’une Amazone, 1918). Uczucie pozostało wprawdzie platoniczne, ale zaowocowało esejem List do Amazonki, w którym padło fundamentalne dla zrozumienia postawy życiowej autorki Próby zazdrości stwierdzenie: „«Co powiedzą ludzie» nie ma żadnego znaczenia, nie powinno mieć żadnego znaczenia, ponieważ wszystko, co mówią, jest wypowiedziane ze złością, wszystko, co widzą, jest widziane złośliwie. Złym okiem zawiści, ciekawości, obojętności. Bóg? Raz na zawsze: Bóg nie ma czego szukać w miłości zmysłowej. […]. Są rzeczy niewspółmierne: Chrystus i miłość zmysłowa”. Przegrywała więc Cwietajewa w walce z czasem, z młodszymi od siebie rywalkami, niekiedy z córką, ale była gotowa zapłacić każdą cenę za prawo do kolejnych złudzeń.

Tak było latem 1935 roku. „Miałam tutaj – pisała do poznanej rok wcześniej Ariadny Berg (1899-1979) – młodego partnera do rozmów -młodszego ode mnie o dziesięć lat. […] Wieczorem nie można było spacerować z powodu absolutnych ciemności, a w pokoju spał Mur. Siadywaliśmy więc na schodach, ja wyżej, on niżej, rozmawialiśmy – bardzo lubił wiersze – choć chyba nie tak bardzo, skoro z chwilą przyjazdu mojej córki […] od razu przestał bywać, tzn. zaczął bywać z nią, natychmiast zastąpiwszy mnie, żywą, mnie – mnie pojęciem «Votre maman». Piszę o tym tak po prostu, bo wciąż jestem na szczycie schodów i schodzić nie mam zamiaru, może i chciałabym, ale to się nie uda. Sytuacja jest jasna: ona ma lat dwadzieścia, ja – czterdzieści, oczywiście, nie ja, ja nie mam żadnych lat, ale moje siwe włosy mają, […] no i fakt, że ona ma – dwadzieścia. A do tego koci instynkt – «odbić» – łapką, niezauważalnie. Tam, gdzie to jest niemożliwe, ona nie bywa. Tutaj walka była z góry nierówna: wszystkie atuty i kompletny ich brak, bo przecież nie mam ani młodości, ani urody, ani nawet woli walki (podobania się), przeciwnie, tylko jedno pragnienie, by momentalnie zniknąć z pola bitwy: mnie tam nie było. Tam, gdzie mogła być inna (inna niż moja naga dusza), mnie nie było. Taka sama byłam, mając dwadzieścia lat. I tak samo wybierano tę drugą. Proszę nie myśleć, to nie jest rana. Daję słowo: nawet nie zadrapanie. Być może – malutka drzazga, którą najlepiej posmarować jodyną. Jestem bezgranicznie trzeźwa, aż do cynizmu. Zawsze wszystko z góry wiem i tym razem – też wiedziałam. (Jakie malutkie «wszystko»!). Skończyło się tym, że wczoraj (dziś wyjeżdżam), on całkiem oficjalnie zwrócił się do mnie z pytaniem, czy może zaprosić Alę (Votre filie) na pożegnalny obiad do restauracji […]”.

Tak było latem 1936 roku. Młody poeta (który to już? deja vu!) Anatolij Steiger, młodszy od Cwietajewej o piętnaście lat, trafił na leczenie gruźlicy do Szwajcarii i stamtąd wysłał do niej swój tomik wierszy Niewdzięczność z bardzo osobistym listem. Reakcja była natychmiastowa. „Epizod ten – pisze Jadwiga Szymak-Reiferowa – skończył się rozczarowaniem, jeśli nie upokorzeniem: adresat nie oczekiwał od niej tak gwałtownego odzewu na swoją prośbę o psychiczne wsparcie w trudnym momencie życia, tym bardziej zaś – takiej intensywności i bogactwa uczuć. Po prostu, jak to określiła córka poetki, nie wiedział, że swym pierwszym listem spowoduje lawinę”. Po prostu, o czym Ariadna już nie wspomniała, był gejem (jeszcze jedno deja vu!), który poczuł się osaczony kobiecymi intymnościami. W ostatnim liście (30 grudnia 1936) pisała: „Przyjacielu, kochałam Pana jako poeta liryczny i jako matka. I jeszcze jako ja: nie sposób wyjaśnić”. Spotkali się tylko raz – po jego przyjeździe do Paryża. Nie mieli sobie nic do powiedzenia. Steiger został kochankiem innego liryka – rówieśnika Mariny, Gieorgija Adamowicza (1892-1972). Zmarł na gruźlicę w 1944 roku.

Tak było pod koniec lat trzydziestych, już po ucieczce do Leningradu męża ściganego przez policję paryską za współudział w morderstwie politycznym. To wtedy dowiedziała się o jego współpracy z radziecką służbą bezpieczeństwa (NKWD) i, upokorzona, natychmiast zapragnęła zabić swój wstyd w jakimś podrzędnym hoteliku w ramionach dopiero co poznanego młodego mężczyzny. Nie wiedziała, że z Jurijem Iwaskiem – w przyszłości znanym wykładowcą literatury rosyjskiej – może spędzać jedynie platoniczne noce i dnie, przeżywać platoniczne orgazmy i wylewać platoniczne łzy. Jak wcześniej z Zawadskim, Wołkonskim czy Steigerem. Może – sama daleka od heteroerotycznej poprawności – tak utożsamiała się z ich seksualną innością. A może po prostu zawsze wiedziała (przeczuwała) i w tym wyzwaniu dla siebie, uwodzicielki, szukała dodatkowych podniet?

Tak było na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych, już po powrocie do kraju (18 czerwca 1939). Maria Biełkina w roku 1940 lub 1941 spotkała Marinę Cwietajewa w Klubie Pisarzy na ul. Worowskiego. Poetka w nabożnym skupieniu, w samotności przeglądała książki. To była taka romantyczna, wzruszająca poza, którą właściwie zinterpretowała obecna tam również tłumaczka Nina Jakowlewa. Okazało się, że scena ta została zainscenizowana dla oczu młodego poety (może Arsienija Tarkowskiego?), którym była zafascynowana. On wprawdzie się pojawił, ale w towarzystwie żony. Nie podszedł więc do Mariny i nie przywitał się.

W latach trzydziestych Cwietajewa czuje się kobietą zdradzoną przez miłość i poetką opuszczoną przez muzę. Ogarnia ją – może po raz pierwszy w życiu – uczucie bezsilności i przerażenie, że swoich najbardziej traumatycznych doświadczeń nie przełoży już na język poezji i nie wykrzyczy całemu światu. Uczy się więc, jak być niekochaną i, co może jeszcze straszniejsze, niebudzącą pożądania. A więc skazaną na impotencję twórczą. W 1934 roku pisze:

Dlaczego ludzie (mężczyźni) mnie nie kochali

Dlatego że nie kochałam ludzi.

Dlatego że nie kochałam mężczyzn.

Dlatego że nie mężczyzn kochałam, a dusze.

Nie ludzi, a wokół, nad, pod.

Dlatego że zbyt wiele dawałam.

Zbyt mało żądałam.

Niczego nie żądałam.

Zbyt wiele (wszystkiego) oczekiwałam – i nie dla siebie.

Zbyt cierpliwie oczekiwałam (gdy nie szli).

Nigdy się nie broniłam.

Zawsze wybaczałam.

Próbuje zrozumieć, oswoić i opisać tę nową dla siebie sytuację w listach – do Anny Teskovej: „Jest mi dobrze tylko ze starymi ludźmi – i z przedmiotami” (20 stycznia 1936) czy Ludmiły Wieprickiej (1902-1988): „Przez całe życie kochałam takich jak T.[agier] i przez całe życie byłam przez nich krzywdzona […]” (9 stycznia 1940), „Tutaj, oprócz Pani, nikt mnie nie kocha, a bez tego jest mi chłodno i głodno, i bez tego (miłości) w ogóle nie żyję” – i z obsesyjną już częstotliwością w dziennikach, zeszytach, zapiskach nieprzeznaczonych do druku, brudnopisach. Jest jak zawsze lapidarna, błyskotliwa, prowokacyjna i aforystyczna: „Do każdego z ulicy podchodzę cała. I ulica się mści”; „Wszystkie kobiety dzielą się na takie, co są na utrzymaniu mężczyzn, i takie, co biorą ich na utrzymanie. Należę do tych ostatnich”; „Nie jest mi dobrze ani z dziewczętami, ani z kobietami: dziewczęta są dla mnie zbyt głupie, kobiety – zbyt przebiegłe (skryte)”; „Łatwiej mnie mieć, niż zrozumieć”; „Mężczyźni poszukują «namiętności», tzn. kogoś z temperamentem (namiętności duchowe im nie są potrzebne, w przeciwnym razie byłabym ja potrzebna) – albo urody – albo kokieterii – albo tego «ciepła» albo (dla żony) «czystości» (tej). Nie tej namiętności, nie tej urody, nie tej gry, nie tej czystości, które są we mnie. To wszystko jest, ale moje, indywidualne, w mojej transkrypcji i – dlatego – nierozpoznawalne. Albowiem szablonu tego całego poszukują, wspólnego mianownika”.

Podejmuje jeszcze jedną rozpaczliwą próbę zakochania się. Chyba wie, że to jej pożegnanie z miłością. Jewgienij Tagier i Nikołaj Wiliam-Wilmont. O tym ostatnim mówiła, że przypomina Rilkego i pisała do niego listy po niemiecku (gotykiem). On pokazywał je znajomym, a swoją służącą (nie, w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich nie było służących, a więc – swoją pomoc domową / domrabotnica) pouczał: „Jeśli przyjdzie chuda staruszka – to mnie nie ma w domu”.

Tę kwestię przytoczyła Achmatowa w rozmowie z Lidią Czukowską (23 maja 1942) i dodała: „[…] Jestem przekonana, że kobieta w miłości nie powinna być aktywna. Niczego oprócz wstydu z tego nie wynika”. W świecie jednoznacznych sądów, prostych pytań i jeszcze prostszych odpowiedzi (wystarczy chociażby sięgnąć do koszarowych opinii wygłaszanych przez Aleksandra Turincewa: „My, mężczyźni, jesteśmy przecież huzarami… Zdobywamy kobiety… Przychodzimy – i odchodzimy, a one powinny na nas czekać… Ona zawsze chciała sama… A tego nie lubimy… Nie, nie była pociągająca jako kobieta…”; „Czy była lesbijką? Konkretnie nie, oczywiście. Było w niej pragnienie zdobywania. A fizycznie nie była lesbijką. Po prostu niezaspokojona baba”; „Zakochiwała się często i konkretnie. Miała niezliczone romanse. […]. Traktowała miłość zupełnie jak mężczyzna. Wybierała, na przykład, sobie na kochanka jakąś miernotę i wysławiała ją. Był w niej ten męski pierwiastek”) wyeksponowano szokujący wielu kontekst obyczajowy, pomijając niemal całkowitym milczeniem – na to jeszcze było za wcześnie – problem transseksualizmu. Najbliżej zrozumienia tego fenomenu była zresztą sama Marina Cwietajewa, która w liście do Ariadny Berg tak zdefiniowała swoje kłopoty z własnym „ja”: „Moja matka chciała mieć syna Aleksandra, urodziłam się – ja, tyle, że z duszą (i głową?) syna Aleksandra, to znaczy – powiedzmy szczerze – skazana na męską nie-miłość i na miłość kobiet, bo mężczyźni nie umieli mnie kochać -a może ja ich również: ja kochałam aniołów i demonów, którymi oni nie byli – i swoich synów – którymi byli!” *[Przeżywająca podobne problemy Zinaida Gippius (nb. swoją poezję i prozę wydawała jako Zinaida Gippius, ale już w roli krytyka literackiego występowała pod męskim pseudonimem Anton Krajnij) pisała: „W moich myślach, moich pragnieniach, w moim duchu – jestem bardziej mężczyzną, w moim ciele – jestem bardziej kobietą. Ale jest to tak połączone, że nic nie wiem”. Z kolei jej wypowiedź o gejach może posłużyć także za klucz do zrozumienia ich nieustannej obecności w życiu Cwietajewej: „[…] I za wygląd lubię niekiedy pederastów […]. Podoba mi się tu iluzja możliwości: jakby aluzja do dwupłciowości, on wydaje się i kobietą, i mężczyzną. To jest mi strasznie bliskie”.]. W ostatnich latach swego życia poetka jeszcze kilkakrotnie pisała o kłopotach z Psyche, o nieustannych zmaganiach z Erosem, o nieudanych próbach odnalezienia równowagi między płcią ciała a płcią mózgu (np.: „Zdaje się, wszystkich mężczyzn zamieniam w kobiety. Niechby, chociaż ktoś jeden mnie -z powrotem – na swoją [u góry dopisek: moją] płeć”), by swoje rozważania zakończyć tragiczną konstatacją: „Płeć w życiu ludzi – to katastrofa”. Mogło być inaczej, gdyby nie zawiniła budowa genetyczna któregoś chromosomu. A tak, „istotnie, ta dwoistość psychiki – pisze Jadwiga Szymak-Reiferowa – była źródłem wielu porażek i zawodów w życiu emocjonalnym poetki, a z pewnością skomplikowała także jej kontakty towarzyskie i funkcjonowanie w kręgu powszednich spraw. Gdyby była mężczyzną, wiele kłopotów zwyczajnie by ją ominęło. Nie musiałaby gotować, prać, sprzątać, wykonywać czynności, których nienawidziła, ponieważ nie pozwalały jej pisać. Nie miano by jej za złe romansów, pasji, niestałości w uczuciach. Chwalono by za napór, energię, pracowitość, silną wolę. Gdyby była typem rozbrajającej słabej, bezbronnej kobietki, jej krótkowzroczność, brak orientacji w mieście, cała ta dziewiętnastowieczna niechęć do cywilizacji technicznej wzbudzałaby współczucie. A już z pewnością mogłaby pozostać sobą, z całym tym przemieszaniem żeńskich i męskich pierwiastków, gdyby była zamożna, wolna, niezależna”. I głęboko nieszczęśliwa, dodajmy, bo nawet mała stabilizacja zabija wielkiego artystę, bo amputowanie pierwiastka dionizyjskiego zabiłoby w niej poetkę.

Po kolejnych rozczarowaniach pozostało już tak niewiele do zrobienia w 1941 roku. Jeszcze tylko 7 czerwca spotkanie z apolińską Achmatową. Jeszcze ewakuacja po wybuchu wojny do Jełabugi, konwulsyjne szamotanie się z życiem i wypatrzony 31 sierpnia gwóźdź, gotowy na przyjęcie ciała starzejącej się kobiety. Parę słów do syna. Jeszcze nieporadne (nie była przecież Penelopą) zawiązanie pętli.

I westchnienie ulgi, że to już.

Po kilku latach nikt w Jełabudze nie pamiętał, gdzie została pochowana ekscentryczna samobójczyni z Moskwy.

Giovanni Papini SKOŃCZONY CZŁOWIEK L’UOMO FINITO – Rozdział XXIV TALENT

Giovanni Papini SKOŃCZONY CZŁOWIEK L’UOMO FINITO
Przełożył z włoskiego i przedmową poprzedził dr Edward Boye
Powszechna Spółka Wydawnicza PŁOMIEŃ, Warszawa 1934

Rozdział XXIV – TALENT

[ortografia oraz interpunkcja zgodna z oryginałem]

Ludzie szepczą dookoła, że mam talent. Miłe głuptasy sądzą widać, że temi słowami czynią mi wielki zaszczyt i sprawiają ogromna przyjemność. Niektórzy twierdzą nawet, że mam wielki talent, że jestem obdarzony ogromnym talentem. Ci właśnie poczytują się za ludzi mi najbliższych, za ludzi, którzy mnie prawdziwie kochają.

Dziękuję wam serdecznie, drodzy poczciwcy; niechże Bóg was za wszystko szczodrze wynagrodzi. Róbcie i mówcie to, co robić i mówić chcecie, przezwyciężajcie nawet swoją miłość własną i moje grubiaństwo. Czyż jednak miedzy wami nie znajdzie się ktoś, ktoby zdał sobie sprawę z tego, do jakiego stopnia mnie obraża tem „utalentowaniem” ?

Do sto diabłów z waszym talentem! Cóż to jest ten talent? Czyż doprawdy na serio przypuszczacie, że ja zadowolnię się tem, iż do samej śmierci będę człowiekiem utalentowanym – młodzieńcem rokującym piękne nadzieje, miłym, dowcipnym kolegom, umiejącym zainteresować publiczność? Za kogóż wy mnie bierzecie, na miłosierdzie boskie? Czy moja twarz podobna jest do uśmiechniętej twarzy człowieka, który się kontentuje tem, co posiadają wszyscy i jest szczęśliwy, gdy ma na języku dziesięć idei, a w kieszeni sto franków? Czy nie spostrzegliście złowieszcze sroki, że talent – to zwykły, najzwyklejszy towar, spotykany na ludzkich jarmarkach. Zwłaszcza we Włoszech! Powiedzcie mi, kto w tym szczęśliwym, błogosławionym przez bogów kraju, nie ma talentu? Jeśli mi takiego pokażecie, zapłacę wam tyle srebra, ile on sam waży. Talent, moi prostaczkowie, biega tutaj po ulicach, napełnia domy, nawadnia książki, wylewa się ze wszystkich ust.

– Jakiż utalentowany chłopiec! Szkoda tylko, że nie chce się wziąć do żadnej pracy.

– To złodziej, oszust, krętacz, ale jakże utalentowany człowiek.

– Zgadzam się z tobą, że mówi straszne głupstwa, ale przecież nie możesz zaprzeczyć, że ma wielki talent. Oto słowa, które się słyszy we Włoszech codziennie na wszystkich ulicach, we wszystkich domach i we wszystkich knajpach, wszędzie tam, gdzie spotykają się tak zwani ludzie inteligentni. Kto umie ułożyć piosenkę o miłek kadencji i możliwych rymach – ten ma talent. Talent ma także ten, kto potrafi akwarelą wymalować kwiateczki, wydające się „jak żywe”, talent ma ten, kto subtelnie uderza w klawisze fortepianu, stojącego przed gipsowym popiersiem Beethovena. Utalentowany jest także i ten, kto z pewną łezką i wdziękiem potrafi opisać klęskę trzęsienia ziemi. Utalentowani są także rzeźbiarze, wyrabiający figurki z kasztanów indyjskich i dyletanci–wróżbiarze, którzy eksploatują cudzy umysł, obracając w dym zarówno idee jak i hawańskie cygara.

Pytam się was raz jeszcze: kto u nas niema talentu? Nawet i ci, którzy nic nie robią, posiadają talent – posiadają go także politycy… a nawet i dziennikarze…

Powiedzmy sobie raz na zawsze szczerze: kto mówi, że mam talent, obraża mnie. Kto mówi, że jestem człowiekiem utalentowanym wyrządza mi wielką krzywdę.

Nie potrzeba mi waszego talentu! Wieszam go wraz z gazetą na gwoździu w klozecie! Mówię wam wyraźnie: talent dla mnie to tylko wyższy stopień przeciętności. Talent – to wyższa forma umysłu, którą wszyscy są w stanie rozumieć, oceniać  i lubić. Talent – to przyjemna w smaku mieszanina, przypadająca do gustu damom, profesorom, adwokatom, światowcom, ludziom wykształconym, jednem słowem wszystkim, którzy przebywają między niebem a ziemią, piekłem a rajem, w jednakowej odległości zarówno od bydlęcia, jak i od geniusza.

Patrzajcież, co mi do głowy przyszło! Talent w dialekcie toskańskim, oznacza nie tylko umysł więcej niż przeciętny, ale ma także i inne znaczenie. Jest to ów żelazny ząb u dołu klucza, służący do otwierania zamków. Te dwa pojęcia, są bliskie sobie, nie tylko ze względu na to, że sąsiadują w słownikach. Talent to właśnie to, co odkrywa. Mając talent można się wszędzie dostać, można rozumieć prawie wszystko, można się wielu ludziom podobać. Talent – to paszport życiowy, to wytrych uniwersalny, otwierający drzwi giełd, na których stwarza się sobie pozycje. Jeden ma talent tworzenia pięknych rzeczy, inny talent wmawiania ludziom, że jego złe utwory są dobre. Są to dwa róże rodzaje talentów, lecz ich właściciele jednakowo zarabiają na nich. Niech ich tam Pan Bóg kocha! Niech zarabiają, bawią się i zabawiają wszystkich, ci ludzie utalentowani! Nie należę do ich grona i za nic należeć nie chcę!

Chociaż staracie się usilnie ogłupić mnie, mnie jak dawniej podobają się krańcowości. Jeżeli chodzi o żywe istoty, odnoszę się przyjaźnie tylko do ludzi, żyjących życiem zwierzęcem i idealnie wegetacyjnem, tylko do tych, którzy spełniają uczciwie swój trud, nie mędrkując, nie obnosząc się ze swoimi pretensjami, nie szczebiocząc uprzykrzenie – albo też do prawdziwego geniusza, wielkiej duszy, olbrzymiego bohatera, tak samotnego, jak góra w nocy.

Albo prostak, albo Dante – do diabła z wszystkimi innymi, z ludźmi utalentowanymi, dowcipnymi, zdolnymi, z nienawistnymi mi inteligentami! Kimże oni są wobec brudnego chłopa, który młóci zboże po to, abyśmy jedli chleb, lub tez wobec poety, wyszarpującego z wnętrzności swoich słowa, zdolne wstrząsać myślą tysiąca pokoleń.

Cóż wy tworzycie? Słowa i słowa, mistyfikacje i zabaweczki!

Co się mnie tyczy, to ja już wybór zrobiłem. Nie mógłbym, gdybym nawet chciał, stać się drzewem lub oraczem, jednakże pragnę, rozpaczliwie pragnę, stać się człowiekiem, a nawet – powiedzmy otwarcie to słowo, budzące dreszcz trwogi – geniuszem! Jeśli padnę w połowie drogi, nie osiągnąwszy realizacji mojego pragnienia, pogodzę się bez szemrania ze smutnym losem moim, będę opłakiwał siebie, ale nie sprostytuuję się z tymi, którymi pogardzam. Umrę samotnie, w jakimś zakątku świata jak ten dzielny wilk De Vigny! Nigdy, za nic się nie upokorzę! Pewien jestem, że nawet, nie osiągnąwszy celu – przeżyję wielkie radości na myśl, że moja czysta dusza wpatrzona jest lunatycznie w coś majestatycznego i absurdalnego. Nie poczuję kamieni pod mojemi stopami, nie usłyszę chichotu tych, którzy obrabiając swój ogródek, uważają go za cały świat.

Niech cię to nie martwi o moje dzielne ja, że nieraz wydasz się głupie i nieokrzesane. Geniusz nie zajmuje się dowcipna paplaniną, nie wydobywa z siebie wdzięcznych idejek, nie stara się nawiązywać do ostatniego numeru gazety lub do modnej akurat książki. Nie, nie!

Geniusz – to dziecko i wariat. Jest on geniuszem dlatego, że ma odwagę być dziecinny i szalony, że czasami musi się wydawać idiotą, głupcem, człowiekiem dziwiącym się wszystkiemu i mówiącym rzeczy niezgodne z powszechnemi pojęciami.

Jednakże tylko geniusz, o moje ja, przezywa te cudowne godziny, w których się zdaje, że Bóg przemawia naszemi ustami, gdy wszystko jest już światłem, gdy wszystko się odkrywa, staje się jasne i harmonijne, jak przezroczyste wody rzeki. Są to godziny, gdy dusza zmienia się w ogień, będący istotnie ogniem, w powietrze, będące istotnie powietrzem, w miłość, będącą istotnie miłością. W godzinach tych, dzięki sile jakiegoś tajemniczego szaleństwa, wszystko okazuje się możliwe, wszystko się uświęca, a człowiek nie może już odróżnić, gdzie świat, a gdzie dusza jego, – gdzie jego dusza, a gdzie świat.

Cóż, czy nie widzicie teraz, jak nędzną i nikczemna zabawką jest wasz talent w stosunku do takich przeżyć? Za jedną taka godzinę, za jedną, jedyną taką godzinę, oddałbym cały mój talent, cały wasz talent, talent wszystkich błaznów zaludniających ziemię!

Papini

 

Ars amandi – Owidiusz

ARS AMANDI – tłumaczył Antoni Słonimski  (całość na samym dole strony, z możliwością pobrania)

Ars amandi, sztuka kochania; nazwa znana z dydaktyczno-żartobliwego poematu Owidiusza Ars amatoria zawierającego przestrogi, pouczenia, wskazówki, kanon sztuki zalotów. Ars amandi patronowała Wenus.

fragment:

XIX
Wenus, bogini miłości,
najskrytsze wdzięki przesłania.
Zwierz spełnia zaś na widoku
tajne obrządki kochania…
Na widok ten zawstydzone
oczy odwraca dziewica…
Dla ludzkich sprawek miłosnych
konieczną jest tajemnica.
Zbyt jasne, nazbyt jaskrawe
bywają słońca promienie.
Jeżeli już nie ciemności –
to wybieramy pÛłcienie… 35
Nawet podÛwczas, gdy ludzie
pÛłdziko pędzili życie,
kiedy im dęby dawały
jedzenie oraz ukrycie –
Nawet podÛwczas rÛd ludzki
miłosne obrzędy czyni
nie na widoku publicznym,
lecz w lesie albo jaskini.
Tak wstydliwości przestrzegał
przed laty człowiek pierwotny.
A dzisiaj – dziś co widzimy?
Wszędzie – upadek sromotny.
Każdy o swoich podbojach,
proszony czy nie proszony,
gada i gada, i gada
najprzerÛżniejsze androny.
Źle robią, co swym triumfem
nazbyt rozgłośnie się szczycą.
Tajemne sprawy miłości
powinny być – tajemnicą

 

 

Tekst w całości w formacie pdf:   06. publiusz owidiusz nazo – sztuka kochania (1)  <== klik !

Znaki diakrytyczne, czyli jak łatwo pomylić łaskę i laske i jak pójść do sadu zamiast do sądu.

W dobie komunikacji elektronicznej, coraz częściej możemy spotkać się z niechlujstwem piśmienniczym, który szczególnie wynika z  pomijania znaków diakrytycznych.  Jeśli nadal będziemy je konsekwentnie pomijać, to za jakiś czas może powstać  twór językowy w którym nie będzie różnicy pomiędzy zrobieniem komuś łaski, czy zrobieniem laski. Oznaczałoby to nie tyle obniżenie wartości słowa i pozbawienie go absolutnie sensu, co cofnięcie się w rozwoju o jakieś kilkaset lat.

Znaki diakrytyczne (gr. diakritikós – odróżniający) – znaki graficzne używane w alfabetach i innych systemach pisma, umieszczane nad, pod literą, obok lub wewnątrz niej, zmieniające artykulację tej litery i tworzące przez to nową literę. W alfabetach sylabowych mogą zmienić znaczenie całej sylaby. W języku polskim jest dziewięć liter tworzonych za pomocą znaków diakrytycznych (litery diakrytyzowanelitery diakrytyczne): ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż. Spornym jest, czy literę „ł” należy również do nich zaliczyć, czy też jest to po prostu litera z polskiego alfabetu. Niepoprawnie pojęciami znaki diakrytyczne i diakrytyki określa się litery diakrytyzowane, czyli tworzone poprzez dodanie znaków diakrytycznych. W składzie komputerowym często do sprawdzania, czy dany font posiada polskie litery diakrytyzowane, używa się zdania: „Zażółć gęślą jaźń”. Jest to najkrótsze zdanie, które zawiera wszystkie polskie litery diakrytyzowane, chociaż jest pozbawione sensu. [źródło: Wikipedia] Polska przyjęła chrzest w obrządku łacińskim i całą kulturę piśmienną zaczerpnęliśmy z zachodu. Dlatego też używamy własnie  łacińskiego alfabetu. Z tą różnicą jednak, że alfabet łaciński nie posiada takich liter jak dż, dź, ź,ż,ą,ę etc. W związku z tym musieliśmy stworzyć własne litery. rys 1 Nie ma jednego autora polskich liter. „Ć” „Ś” „Ą” „Ę” zaczęły się pojawiać dopiero w XVI w.  Każdy wówczas zapisywał je na swój indywidualny sposób. „Ś” pisano jako „ssy”, „sch”, „ssz”, nosowych w zasadzie w ogóle nie odróżniano, a „ą” i „ę” odróżniano za pomocą ogonków lub przekreślonego „o”. Pierwszego ujednolicenia ortografii podjął się Jakub Parkoszowic, używał on sposobów zapisu, które do dziś jednak nie przetrwały w całości, np. „ś” – „ssz”, „ź” – „zz” a „ć” pisano jako „c” z ogonkiem podobnego do francuskiego Ç – cédille.

Jakub Parkoszowic z Żórawic (XV w.), językoznawca, profesor i rektorAkademii Krakowskiej, autor pierwszego dzieła z zakresu ortografii. Jego traktat poświęcony reformie ortografii, odkryty ponownie w XIX w. i opublikowany w 1830, stanowi cenny zabytek polszczyzny XV w. [źródło: portalwiedzy]

rys 2Najstarsze abecadło polskie, zbiory Cambridge Trinity College zXVI wieku

 

Na dobrą sprawę, aż do końca XIX w i wczesnych lat 30 XX w każdy pisał jak chciał, oczywiście z biegiem lat i czasu pisownia ujednolicała się ale fundamentalne i sztywne zasady zostały uchwalone na początku XX wieku.

rys 3Nauka domowa Jerzego Bockawydana po polsku mieszaną czcionką gotycką i antykwą w Oleśnicy w 1670 roku

ZNAKI DIAKRYTYCZNE :

  • akut ´
  • grawis `
  • podwójny akut ˝
  • podwójny grawis ̏
  • kropka ·
  • diereza/umlaut ¨
  • cyrkumfleks ˆ
  • haczek ˇ
  • brewis ˘
  • odwrócony brewis   ̑
  • makron ¯
  • kółko °
  • cedylla ¸
  • ogonek ˛
  • hak   ̉
  • róg   ̛
  • dasja   ̔
  • psili   ̓

Inne znaki używane czasem w funkcji znaków diakrytycznych oraz znaki typograficzne:

  • apostrof ’
  • dwukropek  :
  • przecinek ,
  • dywiz –
  • tylda ~
  • tytel ¿
  • et &
  • wykrzyknik  !
  • at (pot. małpa) @

zamieszczam traktat  Jakuba Parkoszowica w formacie docx Traktat o ortografii polskiej Jakuba Parkoszowica <= klik !

Alan Leo – Sto aforyzmów Alana Leo – Niebo Gwieździste nr. 7(13), 8(14) 1936 rok, rocznik II

Sto aforyzmów Alana Leo – Niebo Gwieździste

(zachowana oryginalna pisownia)
William Frederic Allan urodził się w Westmisterze  7 sierpnia 1860 o 5 g. 49 m. przedpołudniem. Twarda szkoła życia jaką przeszedł w młodości zrobiła zeń poważnego sumiennego pracownika. Wstąpiwszy do zawodu kupieckiego , rychło okazał wielkie zdolności, tak , że już w 21 r. życia został kierownikiem filji fabryki maszyn do szycia w Manchesterze. W kilka lat później  zetknął się tamże z naturalistą dr. Richardson’em, który pierwszy wprowadził go w arkana astrologji. W 28 r. życia wraca do Londynu, gdzie 21. XI. 1889 z przyjacielem swoim F.W Lacey’ em postanawia założyć czasopismo astrologiczne. Lipiec 1890 przynosi pierwszy numer  ” The Astrologer’ s Magazine”, gdzie poraz pierwszy stykamy się z astrologicznym pseudonimem: Alan Leo. Każdy roczny prenumerator miał zapewniony bezpłatny horoskop. Skońcem tygodnia obliczał Alan Leo horoskopy, które następnie Lacey w wieczornych godzinach interpretował. Po roku pismo było wprowadzone, włożony kapitał mogli wycofać, oraz mieli poza sobą 1500 bezpłatnych obliczonych horoskopów. Gruntowna, sumienna praca ogromny talent organizacyjny oraz niezwykłe samozaparcie cechują jego dalsze głównie  popularyzacji astrologji poświęcone życie. W zawodzie kupieckim uprawianym na terenie całego kraju, spotykał się z tak świetnymi rezultatami,  ze napływające ze wszystkich stron zamówienia firma ledwie ze spóźnieniem mogła załatwić. Wszystek wolny czas poświęcał głównie na odwiedzanie prenumeratorów swego czasopisma, nawiązywanie z nimi osobistego kontaktu , urządzanie wykładów astrologicznych, oraz zdobywanie współpracowników. W tym czasie wydaje Charubel’  ” Symbolikę znaków zodjakalnych” i Green’a „Metodę dyrekcyj” Dalszą jego zasługa jest założenie Towarzystwa Astrologicznego, które istnieje po dzień dzisiejszy. Przy obliczaniu bezpłatnych horoskopów poznał początkiem 9 dekady XIX wieku swoją przyszłą małżonkę. Przeznaczenie chciało że Lacey oddał mu horoskop do interpretacji. Zadziwiająca zgodność horoskokpu z konstelacjami Alana Leo rzuciła się odrazu w oczy. W krótki czas potem w czasie podróży odwiedził właścicielkę w Southampton  – by przezwyciężeniu pierwszych trudności zawrzeć z p. Bessie szczęśliwy związek.  Za radą swojej małżonki powiększył w r. 1895, swoje czasopismo, zamieniwszy tytuł na „Modern Astrology”. Nadszedł czas największej intenzywności twórczej – powstają jego liczne dzieła i rozprawy astrologiczne – oraz okres powodzenia organizacyjnego i wydawniczego. Żył niezwykle skromnie, jako zdecydowany wegetarjanin, abstynent i niepalący, wstawał o 6 rano i pracował – z przerwami na posiłek – do 9 wieczorem. Umiera 30 sierpnia 1917 r.Alan Leohoroskop sporządzony w programie Urania.  – Jayanti

Ogłosił następujące dzieła:

1. Astrology for all                                                                  12. Astrological Essays

2. Art of synthesis                                                                   13. Horary Astrology

3. Dictionary of Astrology                                                   14. Mars, the War Lord

4. Astrologer and His work                                                  15. Medical Astrology

5. Casting the Horoskope                                                      16. Planetary Influence

6. Esoteric Astrology                                                              17. Practical Astrology

7. Everybody’s Astrology                                                     18. Reason Why in Astrology

8. Horoskope in Detail                                                            19. Saturn the Reaper

9. How to judge a Nativity                                                    20. Symbolism and Astrology

10. Key to your own Nativity                                              21. What we mean By Astrology

11.Progressed Horoskope                                                     22. What is a                                                                                                                               Horoskope

1. Symbolika astrologiczna zawiera w sobie dzieje Ziemi jako planety.

2. Ascendent odpowiada wschodowi Słońca i symbolizuje zwycięstwo materii na duchem; MC odpowiada południu i wykazuje równowagę między duchem a materią; Descendent odpowiada zachodowi Słońca i symbolizuje zwycięstwo ducha nad materią; IC wreszcie to najgłębsza tajemnica, okultny ośrodek.

3. Kardynalne znaki podają fizyczne warunki zewnętrznego życia, stałe znaki dotyczą uczuć będących w trakcie dojrzewania, zmienne wskazują ukryte siły psychiczne oraz wydarzenia minionych żywotów.

4. Podział znaków na kardynalne, stałe i zmienne reprezentuje czyn, mowę i myśl, inaczej mówiąc: ciało, duszę i ducha.

5. Sześć domów nad horyzontem (7, 8, 9, 10, 11, 12) odpowiada „stronie życiowej” wszechświata, sześć pod horyzontem (1, 2, 3, 4, 5, 6) – „stronie zjawisk”.

6. Istnieje ścisły związek między znakami i domami (pierwszy dom odpowiada znakowi Barana itd.).

7. Domy odnoszą się do fizycznej i eterycznej materii, znaki do materii pragnieniowej (mentalnej).

8. Wpływ znaków jest większy od wpływu domów, przy czym pierwsze opanowują te ostatnie.

9. Domy podobne są do przezroczystych naczyń, z których każde ukształtowane jest wg swoistego wzoru; znaki stanowią treść tychże naczyń, nadając im odrębną substancję, barwę i gatunek.

10. Cztery trygony to: powietrze, woda, ogień i ziemia, czyli duch, przestrzeń, czas i materia. Trzy kwadratury to znaki kardynalne, stałe i zmienne.

11. Znaki kardynalne rządzą głową, charakterystycznym ich znamieniem jest aktywność (Baran, Rak, Waga i Koziorożec).

12. Znaki stałe rządzą sercem i wolą, a ich charakterystycznym znamieniem jest stałość (Byk, Lew, Skorpion, Wodnik).

13. Znakom zmiennym podlegają członki, płuca i wnętrzności, a ich najważniejszą cechą jest zdolność adaptacji (Bliźnięta, Panna, Łucznik, Ryby).

14. Znaki nieparzyste są pozytywne, męskie, dzienne; znaki parzyste są negatywne, żeńskie i nocne.

15. Znaki pozytywne odnoszą się do energii, czyli siły życiowej, znaki negatywne do materii, czyli strony zjawiskowej.

16. Znaki ogniste jako całość, oznaczają energię, żywotność i siłę. Baran to twórca, Lew – organizator, Łucznik – wykonawca.

17. Znaki wodne jako całość oznaczają ruchliwość i wrażliwość. Rak daje cierpliwość, Skorpion – namiętność, Ryby – uczuciowość i współczucie.

18. Znaki powietrzne jako całość oznaczają ekspansję i mentalność. Waga to kobieta, Wodnik – ojciec, Bliźnięta – dziecko.

19. Znaki ziemskie jako całość oznaczają skończoność i doskonałość. Koziorożec to praktyczny idealista, Byk – kolekcjoner, Panna – krytyk.

20. Planety w wywyższeniu wywierają czystszy i silniejszy wpływ aniżeli w innym układzie.

21. Słońce to przejaw Logosu – w horoskopie oznacza indywidualność.

22. Księżyc to pośrednie ogniwo między Słońcem a każdą żyjącą istotą – w horoskopie oznacza osobowość.

23. Mars to planeta skondensowanej energii i prącego na zewnątrz impulsu.

24. Saturn hamuje, ogranicza i krystalizuje.

25. Saturn rządzi naszą jaźnią, Mars – zwierzęcym popędem.

26. Wenus i Jowisz to przeciwieństwa Marsa i Saturna.

27. Wenus jest planetą, której działanie wypływa z bezpośredniej, intuicyjnej siły jaźni.

28. Mars to planeta płodzenia, Wenus – stwarzania.

29. Jowisz jest planetą ekspansji i rządzi nieśmiertelną duszą.

30. Merkury jest planetą przystosowania i reprezentuje stan zdobytej wiedzy.

31. Uran reprezentuje całkowicie zindywidualizowaną osobowość.

32. Neptun pozostaje w związku z rozwojem psychicznym.

33. Koniunkcja symbolizuje zjednoczenie i syntezę.

34. Opozycja oznacza antagonizm, rywalizację i rozłam.

35. Kwadratura oznacza rozdźwięk i spór, zaś trygon spokój i harmonię.

36. Kwadratury z jednej strony krystalizują i organizują, z drugiej rozłączają i wstrząsają.

37. Trygon oznaczają postęp i harmonię.

38. Badając aspekty należy zwrócić uwagę na aplikację, czyli zbliżenie się szybszej planety.

39. Jeśli władca horoskopu przekroczył jeden aspekt i zbliża się ku drugiemu, należy na ten ostatni położyć szczególny nacisk.

40. Wpływy planet mają charakter ponadmaterialny i nie można ich ściśle wyrazić w słowach.

41. Słońce reprezentuje indywidualność i odpowiada znakom stałym.

42. Księżyc reprezentuje osobowość i odpowiada znakom zmiennym.

43. Ascendent reprezentuje ciało fizyczne oraz mózg i odpowiada znakom kardynalnym.

44. Ascendent porusza się najszybciej i odpowiada gunie radżas, Księżyc zajmuje miejsce pośrednie i odpowiada gunie sattwa, Słońce porusza się najwolniej i odpowiada gunie tamas.

45. Znaki ogniste dają silną żywotność, powietrze – słabsze zdrowie, lecz silniejszą mentalność, wodne obdarzają słabą konstytucją, znaki ziemskie dają dobre zdrowie, lecz niewiele siły życiowej.

46. Stałe znaki na wschodzie oznaczają siłę woli, kardynalne – energię, zmienne – brak stałości.

47. Wpływ ascendentu modyfikuje albo podkreśla planeta wschodząca.

48. Przy każdym wschodzącym znaku należy bacznie zwracać uwagę na odpowiadający mu dom.

49. Baran, Byk i Bliźnięta tworzą trygon intelektualny, ich zasadniczym rysem jest poznanie i postęp przez intelekt.

50. Rak, Lew i Panna tworzą trygon macierzysty, ich zasadniczą cechą jest życie uczuciowe i rozwój moralny.

51. Waga, Skorpion i Strzelec tworzą trygon odtwórczy, ich główną cechą jest postęp drogą reformy i odnawiania.

52. Koziorożec, Wodnik i Ryby tworzą trygon służenia, ich cechą jest służenie ludzkości.

53. Ogólny wpływ wschodzącego Neptuna wskazuje tendencję do przestawiania motywów, zaś Urana do przestawiania idei.

54. Wschodzący Saturn oznacza ograniczenie i zewnętrzną stronę potęgi, wschodzący Jowisz daje godność i wewnętrzną energię, z której wypływa siła woli.

55. Wschodzący Mars daje naturę zmysłową, wschodząca Wenus oczyszcza i uszlachetnia uczucia miłosne.

56. Wschodzące Słońce wzmacnia konstytucję i użycza wrodzonej godności.

57. Wschodzący Księżyc wpływa na temperament i uwypukla momenty dziedziczne.

58. Wchodzący Merkury jest bardzo czynny i oznacza duchowe zdolności, zależny jest jednak w znacznym stopniu od aspektów.

59. Władca horoskopu jest albo władcą wschodzącego znaku, albo planetą najsilniej postawioną w horoskopie.

60. Słońce w dobrych aspektach i położeniu daje powodzenie w życiu.

61. W celu scharakteryzowania zdrowia należy brać pod uwagę Ascendent, Księżyc i Słońce.

62. Jeśli Słońce znajduje się w złych aspektach, wówczas strumień siły życiowej ulega zahamowaniu. Jeśli Księżyc jest uszkodzony wówczas narzędzie siły życiowej jest anormalne. Jeśli Ascendent jest uszkodzony, cierpi na tym zdrowie odpowiednio do rodzaju uszkodzenia oraz wschodzącego znaku.

63. Hyleg jest punktem horoskopu, od którego zależy zdrowie i życie.

64. Pomyślne znaki na wschodzie udzielają bujnej siły życiowej, negatywne natomiast obdarzają słabym organizmem.

65. Nazwą afeta określa się ciało niebieskie, które podtrzymuje życie, zaś nazwą anareta – odbierające życie.

66. Stosunek między znakami i domami jest stosunkiem odpowiedniości, czyli analogii.

67. W celu wydania sądu o sprawach finansowych, należy studiować drugi dom horoskopu ze wszystkimi jego związkami.

68. Znaki kardynalne dają pieniądze przez sławę i publiczne uznanie, stałe – wskutek władzy lub autorytatywnego wpływu, zmienne – drogą służby i zwyczajnych sposobów.

69. Trzeci dom wywiera decydujący wpływ na myślenie i pozostaje pod władzą Merkurego.

70. Celem wydania sądu o zdolnościach umysłowych bierze się pod uwagę zarówno Słońce, Księżyc, Merkurego, jak również trzeci dom.

71. Czwarty dom mówi o ostatnich latach życia, otoczeniu i o rodzicach.

72. Znaki na wierzchołkach 4 i 10 domu, ich władcy jak też aspekty przez nich tworzone oznaczają wzajemny stosunek rodziców oraz ich wpływ na urodzonego.

73. Rozważając kwestie wpływu rodzicielskiego bierze się pod uwagę: dla ojca – Słońce i Saturna, dla matki – Księżyc i Wenus.

74. Piąty dom traktuje o rozrywkach, życiu towarzyskim oraz pracy społecznej.

75. Dom piąty mówi również o uczuciach i namiętnościach, zaś znak na jego początku wskazuje na przeżycia w przeszłych istnieniach.

76. Pierwszy, piąty i dziewiąty dom reprezentują osobowość człowieka i przedstawiają symbolicznie jego obecną, minioną i przyszłą świadomość.

77. Szósty dom stoi w związku z MC oraz z drugim domem i dotyczy pracy, podwładnych, chorób i fizycznej konstytucji.

78. Szósty dom mówi również o psychicznych tendencjach urodzonego i jest domem magii ceremonialnej.

79. Siódmy dom jest uzupełnieniem pierwszego i reprezentuje połączenie tego wszystkiego co w Ascendencie jest rozdzielone.

80. Siódmy dom oznacza przekształcenie namiętności w miłość, przezwyciężenie intelektu przez mądrość i całkowite zindywidualizowanie samoświadomości.

81. Każda planeta w siódmym domu opisuje partnera oraz przebieg związku.

82. Z powyższego punktu widzenia można siódmy dom uważać za dom indywidualności, w przeciwieństwie do osobowości. Ich połączenie jest prawdziwym małżeństwem.

83. Jeśli siódmy dom i jego władca nie dają jasnej prognozy, obserwować należy w męskich horoskopach aplikację Księżyca, w żeńskich – aplikację Słońca.

84. O partnerze małżeńskim mówi planeta znajdująca się w siódmym domu oraz znak na jego początku. Jeśli nie zawiera on żadnej planety, należy wziąć pod uwagę władcę znaku na początku domu, oraz znak przez niego zajęty.

85. Ósmy dom jest domem śmierci oraz tego wszystkiego, co pozostaje z nią w związku, odnosi się również do pewnych form medialności i okultyzmu.

86. Przy wszystkich pytaniach dotyczących śmierci należy starannie zbadać znak na początku ósmego domu, jak też te znaki, które zawierają najwięcej planet.

87. Dziewiąty dom jest domem filozofii i wznioślejszej myśli abstrakcyjnej.

88. Dziewiąty dom mówi o możliwościach przyszłości.

89. Wszystkie planety w dziewiątym domu posiadają wyższy stopień wibracyjności niż gdyby znajdowały się w innym sektorze nieba.

90. Dziewiąty dom mówi o pobudkach czynu, o myśli leżącej u podstaw słowa.

91. Dziesiąty dom jest domem poglądów, sławy, stanowiska, zainteresowań i działalności, reprezentuje życie publiczne i ziemską działalność urodzonego.

92. Przy wydawaniu sądu w sprawie stanowiska należy starannie zbadać Saturna, władcę znaku Koziorożca, dziesiątego domu w naturalnym następstwie znaków.

93. Dom jedenasty jest domem przyjaciół, znajomych, nadziei, życzeń i dążeń.

94. Dwunasty dom jest domem trosk i zmartwień.

95. Słońce i Księżyc w aspektach aplikacyjnych wpływają na polaryzację w wiekszym stopniu niż w aspektach separacyjnych.

96. Jeżeli Słońce znajduje się nad Księżycem, wschodząc lub zachodząc, wówczas charakter indywidualny będzie silniejszy od osobowości.

97. Gdy Słońce i Księżyc znajdują się pod horyzontem, wówczas ich połączenie jest silniejsze, a polaryzacja bardziej skomplikowana.

98. Gdy Słońce i Księżyc znajdują się nad horyzontem, wówczas Słońce osiąga większy wpływ. W przeciwnym położeniu większy wpływ przypada Księżycowi.

99. Polaryzacja jest silniejsza, gdy Słońce i Księżyc wschodzą, słabsza – gdy zachodzą.

100. Gdy Słońce lub Księżyc znajdują się w aplikacji do planet dobroczynnych, wówczas w wypadku Słońca silniejsza jest indywidualność, w wypadku Księżyca – osobowość.

alan_leo

Vincent van Gogh – artysta, szaleniec, geniusz

                Vincent van Gogh – Geniusz, szaleniec, artysta

VincentVanGogh-Self-Portrait-II-1887

Vincent van Gogh urodził się 30 marca 1853 roku o godz. 11:00 w Groot Zundert w Holandii. Był malarzem i twórcą postimpresjonizmu.

( „Postimpresjonizm (czyli sztuka po impresjonizmie) – terminem tym określa się różne zjawiska w sztuce francuskiej na przełomie XIX i XX wieku, wywodzące się z impresjonizmu, ale w dużej mierze odrzucające go. Ramy czasowe określa się też bardziej precyzyjnie jako czas od ostatniej wystawy impresjonistów w 1886 roku do pierwszej wystawy fowistów w 1905.Postimpresjoniści kontynuowali kolorystyczne poszukiwania, a zarazem odrzucili wiele zasad pierwotnego impresjonizmu. Starali się uwolnić obraz od naśladownictwa natury, czyli koncepcjimimesis, kładli nacisk na autonomiczność dzieła malarskiego. Dla wielu artystów postimpresjonizm był punktem wyjściowym w dążeniu do własnego stylu.Wybitni przedstawiciele tego nurtu to Vincent van GoghPaul GauguinPaul Cézanne i Henri Toulouse-Lautrec. Z nurtem tym wiąże się twórczość takich grup malarzy jak neoimpresjoniści, nabiściszkoła z Pont-Aven. W Polsce terminem postimpresjonizmu określa się kierunki kolorystyczne w malarstwie, zwłaszcza twórczość grupy kapistów.” źródło Wikipedia )

Historią tego malarza zajmuję się od wielu lat, zaciekawiona tą niezwykłą osobowością śledziłam różnorakie przekazy , teksty biograficzne, opisy, filmy dokumentalne etc.  docierając do niezwykłych informacji  o życiu van Gogha.

Nie było moim zamierzeniem publikować w żaden sposób moich obserwacji na jego temat, jednakże uznałam, że warto jest się tymi spostrzeżeniami podzielić.

Był on niezwykłą osobowością z wielkim darem, jednocześnie jego życie było trudnym zmaganiem z otaczająca rzeczywistością, ludźmi i wewnętrznymi uwarunkowaniami.

W sieci możemy odnaleźć informacje  o jego życiu,  marzeniach spełnionych i niespełnionych , o incydentach które miały miejsce, jak i o samym podejściu Vincenta do świata i siebie. Niemniej jednak nie znalazłam niczego „skondensowanego” w niezawiły sposób.

 Za swego krótkiego życia nie był docenianym artystą, i częściej można było spotkać się z kpinami w jego kierunku niżeli szacunkiem, poważaniem czy zachwytem. Jego idealizm i dążenie do „stania się” autentycznym artystą z czasem przeobraziły się w obsesję. Żył niebywale krótko, ciało bowiem opuścił w wieku 37 lat w akcie samobójczym. Malować zaczął stosukowo późno, bowiem tuż przed 30 urodzinami. Stworzył jednak nowy kierunek i wywarł ogromny wpływ na świat sztuki ale w gruncie rzeczy dopiero po śmierci. Za całego swojego życia sprzedał najprawdopodobniej zaledwie jeden obraz, rok przed swoją śmiercią

gogh_czerwona_winnica_1888                                 Obraz Vincenta van Gogha – Czerwona winnica 1888, pierwszy i jedyny obraz sprzedany za jego życia za cenę 400 franków Annie Boch.

Mamy możność obserwacji ciekawego zjawiska szczególnie wyraźnego w świecie artystów, poetów etc., wielkim twórcom, geniuszom, poetom, stawia się…. Owszem – pośmiertne pomniki, umieszczając na marmurowym piedestale, za życia jednak ludzie tacy wiedli  ciężki żywot, albo z powodów materialnych, często obdarowywani… zamiast poważaniem, to kpinami i uśmiechem politowania, często również dotykali osamotnienia i samotności spowodowanej odmiennością poglądów, brakiem dopasowania do społeczeństwa. Nie doceniani z uwagi na brak dojrzałości społeczeństwa do przyjęcia sztuki wysokich lotów. Często byli uważani za chorych psychicznie, szaleńców, obłąkane istoty. Ciekawy to punkt patrzenia i analizowania zachowania ludzi na przestrzeni lat, dziesięcioleci i wieków.

Czytając i sporządzając notatki na jego temat nieustannie towarzyszyło mi uczucie niedosytu. Absolutną pełnie poczułam wówczas gdy zajęłam się jego horoskopem(ami). Wiele rozmyślałam nad jego stylem życia, przejawem w świecie oraz nad jego ułomnościami, dokładniej rzecz biorąc nad jego chorobą umysłową. Stawiałam ponad wątpliwość twierdzenia, że jakoby van Gogh miał być chorym psychicznie człowiekiem. Następnie wahałam się pomiędzy zdecydowanym tak, a zdecydowanym nie. Zapewne dziwnie może to brzmieć. Niemniej jednak Gogh mógł być albo całkowicie normalny z wyjątkowo indywidualną koncepcją siebie, albo całkowicie szalony, zupełnie bez koncepcji. Wielokrotnie jego zachowania odstępowały od „norm” aczkolwiek  normy tworzą ludzie i często też te normy są pobożnymi życzeniami nieuków,  ślepców i dogmatycznych profanów. Często też tacy ludzie byli zamykani w systemy i szufladkowani na podstawie różnic i reprezentowanych przez siebie (nie ukrywanych) odmienności.

W pewnym momencie studiowania życia Vincenta doszłam do wniosku, że nie liczy się już dla mnie i mojego odczucia tego człowieka – artysty, czy był szaleńcem, czy nim nie był. Najważniejszym aspektem jego osoby stało się misterium jego życia, przeznaczenia i zrządzeń losowych które pracowały w obrębie całego jego jestestwa, płatając mu żart kt Vincent być może źle odczytał i  przypłacił za to życiem.  Niegdyś do tegoż właśnie zagadnienia przywiązywałam szczególną wagę. Dostrzegłam pewną ekwiwalencję pomiędzy pierwiastkiem genialności, a szaleństwem, obłędem. Było to dla mnie odkrycie i przełom w postrzeganiu ludzi kt pozostawili po sobie testament obejmujący całą ludzkość i opasający ziemski glob.

Obecne teorię na jego temat, wywody lekarzy, psychoanalityków et cetera, stanowią, że albo cierpiał on na chorobę maniakalno- depresyjną, albo na porfirie (choroba metaboliczna) –  powodującą halucynacje , zaburza całą gospodarkę tlenową organizmu. Twierdzą też, że cierpiał na epilepsję. Zdania po dziś dzień są podzielone i powstał drobny konflikt na owym tle. Spory przybierały różne postacie, od zaciekłych polemik, po spokojne próby przekonania i przeciągnięcia oponenta na swoją stronę. Do dziś jednak „badacze” życia Gogha jasno nie określili, co było temu człowiekowi. W horoskopie jednak bez wątpienia widać pogłębiającą się chorobę umysłowa.

„Porfiria ma często podłoże genetyczne. Objawy porfirii mogą pojawiać się zaraz po urodzeniu, częściej jednak spotyka się je u dorastającej młodzieży. Objawy porfirii skórnej wywołuje najczęściej światło słoneczne (głównie UV), gromadzące energię w pierścieniu porfirynowym. Czynnikami wywołującymi atak w porfirii wątrobowej są: alkohol, niektóre leki, stres, a także hormony płciowe, niedobory kaloryczne, niedobory minerałów, anemia, choroby i infekcje, ostre zapachy chemiczne, farb, lakierów. Kilka czynników induklujących w połączeniu może spowodować atak.”

Gogh jest mi bliski, ponieważ był świetnym malarzem i czerpał natchnienie ze swego wnętrza ale również potrafił doskonale pojmować otaczającą rzeczywistość wszystkimi swoimi zmysłami. Z delikatnością i przytomnością postrzegania otaczających go realiów przelewał na papier bądź płótno swoją własną ewangelię. Vincent van Gogh należał do ludzi którzy swoim życiem i dziełami odbili pieczęć Boskiego natchnienia  w przestrzeni Istnienia.

Gal Anonim XX napisał:

Spróbuj zrozumieć co znaczy

ta dziwna w życiu droga:

talent się poci, biedaczek,

a geniusz – kradnie u Boga.

 [ga xx LZ Dwugłos Poetycki] 

Warto jest się takim ludziom przyglądać bliżej i lepiej, poczuć ich niebywałą moc poprzez dogłębną analizę i obserwacje losu i wypełnienia swojego przeznaczenia na przestrzeni czasu.

Po przeczytaniu kilkunastu- dziesięciu opisów dotyczących stylu bycia , oraz codzienności tamtejszych artystów, bohemy, przyszło nawet do głowy, że wielką rolę odegrała nie tyle choroba umysłowa, a wizja narkotyczna i efekty ponarkotyczne, które mogły ową chorobę „aktywować” wyzwolić w znacznie szybszym tempie niżeli bez stosowania specyfików np. takich jak absynt czy naparstnica.

Vincent urodził się jak wyżej wspomniałam 30 marca 1853 roku. Dokładnie rok wcześniej (30.03.1852r) matka Vincenta urodziła martwe dziecko, chłopca – Vincenta.

Gogh van Vincent

Horoskop Vincenta van Gogha, ur. 30.03.1853 godz. 11:00 Groot-Zundert, Holandia

Gogh van Vincent_02

Horoskop Vincenta 1-go van Gogha  ur. 30.03.1852 w Groot-Zundert, Holandia

To traumatyczne przeżycie matki Vincenta oraz zbieżność dat spowodowało, że matka nosiła pamięć dziecka zmarłego w nowonarodzonym… Vincent więc od samego początku wzrastał tak  jakby już raz wcześniej umarł. Matka nawet nadała mu to samo imię. Czasami Vincent chodził na pobliski cmentarz odwiedzić swojego brata i jednocześnie siebie samego.

Vincent swoje chłopięce lata spędził w Barbancji. Dom w którym dorastał służył jako plebania. Jego ojciec Theodorus był ministrem Holenderskiego Kościoła Reformowanego, kaznodzieją, protestanckim pastorem kalwinistą. Duma jaką Theodorus nosił bez wątpienia wynikała z korzeni.

Rodzina Vincenta  z pokolenia na pokolenie zajmowała się międzynarodowym handlem dziełami sztuki. Vincent był dzieckiem milczącym i poważnym z reguły zamyślonym i powściągliwym. Za swoje powołanie uznał głoszenie Słowa Bożego. Gdy miał 8 lat rozpoczął naukę w szkole ukierunkowanej przez katolickiego nauczyciela. Ojcu van Gogha pomysł ten się nie podobał i zabrał chłopca ze szkoły, pozostawiając w domu pod opieka i indywidualnym nauczaniem guwernantki. Następnie został wysłany do szkoły z internatem. Ta rozłąka z rodziną i samotny wyjazd był jednym z pierwszych traumatycznych przeżyć młodego Vincenta, był to okres w jego życiu kt przypieczętował pierwsze jego bolesne doświadczenia. Szkołę ukończył w 1866. Tego samego roku rozpoczął naukę w liceum  prezbiteriańskim gdzie najprawdopodobniej po raz pierwszy dostrzegł i odkrył sztukę rysunku. W 1868 wrócił do Groot – Zundert. Porzucił naukę a powody nie są do końca jasne. W 1869 roku, jego wuj również Vincent zaproponował mu pracę jako przyuczenie do zawodu handlarza. Wuj handlował dziełami sztuki. Ta okazja pojawiła się nagle i Vincent z niej skorzystał. Było to dla niego wygodne. Dosyć miał ciągłego strofowania przez surowego ojca. Uciekał najczęściej na łono natury która koiła jego zmysły. Te ucieczki z całą pewnością wpłynęły na jego sztukę. Wiele akcentów natury możemy dostrzec w jego dziełach. Nie sprawdził się na stanowisku kt zaproponował wuj, nie wypełniał obowiązków należycie. Niemniej jednak przez krótki okres pracy miał bliską styczność z dziełami sztuki kt pokochał.

Vincent czuł powołanie głęboko w Sercu, postanowił zostać kaznodzieją i iść w ślady swojego ojca. Głoszenie Słowa Bożego stało się dla niego motywem przewodnim w życiu. W 1878 roku został świeckim kaznodzieją. Nauczał 2 lata, rozdał cały swój majątek biednym. Nie spotykał się jednak z powszechnym uznaniem, a jego zapał  z biegiem czasu słabł. W 1880 roku popadł w konflikt z kościołem i został usunięty ze swojego stanowiska. Przeżył wówczas jedno z największych rozczarowań w swoim życiu. Pragną głosić i krzewić wiarę i był w tym niebywale dokładny, popadał przy tym jednak we własną pułapkę myśli i przekonań, mianowicie jego nacisk na jedyny słuszny według niego punkt patrzenia i rozumienia powodował ogólne zniechęcenie wiernych.

Uwielbiał prowadzić długie polemiki, był w tym nieustraszony, ludzie po pewnym czasie mieli serdecznie dość upartego, obsesyjnego Vincenta. Rozmowy z nim były męczące i nie miały końca. Skrajnie fanatyczna religijność powodowała niechęć i lęk przed nim. Za wszelką cenę usiłował przekonać oponenta, rozmówce do swoich własnych przekonań i prawd wewnętrznych. W gruncie rzeczy nie było w jego gronie rozmówców.. byli tylko oponenci, nie prowadził on rozmów a tylko polemiki.

Teologiczne dysputy traktował z ogromna powagą, wtedy też ożywiał się , podczas gdy na co dzień przejawiał się jako poważny obserwator  z „martwym spojrzeniem” chłodem i dystansem.  W pewnym sensie był to pierwszy przejaw jego choroby psychicznej. Ogromny upór i  zapalczywość, fanatyzm i nieustraszoność w przekonywaniu człowieka do własnego punktu widzenia, kompletny brak kompromisów, obsesyjność. Te symptomy najczęściej pojawiają się u osób cierpiących na choroby maniakalno – depresyjne.

Po trudnym przeżyciu i pogrzebaniu jego marzeń – pozbawienia go możliwości głoszenia Słowa Bożego, Vincent usiłował robić to na własną rękę. Postanowił być niezależny od kościoła czy jakiegokolwiek ugrupowania. Nie spotkał się jednak ze zwolennikami, był również wykorzystywany finansowo, ludzie bez skrupułów korzystali z ofiarności i dobroci serca Gogha. Kilkakrotnie rozdał swój cały majątek i dobytek ludziom.

Po porzuceniu struktur kościelnych a następnie wymyślonego przez siebie kaznodziejstwa, zaczął malować. Po około 6 latach zaczął odczuwać, że natchnienie ulatuję z niego z ogromną prędkością pozostawiając nikły cień i wszechogarniającą jego wnętrze pustkę.  W wieku 33 lat wyjechał do Paryża, by zamieszkać u swojego młodszego brata Theo. Tam poznał wielu malarzy i… stał się jednym z nich.

Relacja z jego młodszym bratem Theo była jedną z najważniejszych w jego życiu. Mężczyźni był wiernymi przyjaciółmi. Theo wspierał brata, dostrzegał również jego talent i pomagał finansowo. O zażyłości braterskiej świadczy ilość listów wymienianych  przez braci.

Gogh van Theo

Horoskop Theo van Gogha  ur. 1.05.1857 w Groot-Zundert, Holandia

Ogromny wpływ na Vincenta wywarli impresjoniści tacy jak Camille Pissarro, lecz Vincent szybko podążył własną ścieżką sztuki. W jego obrazach widzimy łączenie barw, kolorów, nadawanie im życia i specyficznych drgań, należy się przyjrzeć w jaki sposób każdy obraz van Gogha jest skonstruowany, patrząc na niego w skupieniu oko poddaję się złudzeniu wibracji obrazu. Takie efekty daje łączenie kolorów odmiennych, np. żółci z intensywnym niebieskim odcieniem, kreski i ruchy pędzla wolne choć precyzyjne, krótkie i nadające głębi wizerunku. Od impresjonizmu zajął i skoncentrował się na brzydocie oraz życiu codziennym niższych warstw społecznych. Malował ludzi w różnych sytuacjach, portrety wieśniaków, sytuacje z życia, gospody, oraz ukazanie wizerunku tradycyjnej rodziny żyjącej w biedocie XVII w. Pierwszym obrazem dzięki któremu zasłyną przedstawiał wizerunek rodziny zasiadającej do wieczerzy. Nazwał go „Jedzący kartofle” Wincent napisał do swojej siostry takie oto słowa:

Kiedy myślę o mojej własnej pracy, to przede wszystkim obraz wieśniaków jedzących kartofle, który namalowałem w Nuenen, jest najlepszym, jaki namalowałem”

 vincent

                                      Jedzący kartofle

 

Obraz ten porusza i ukazuję niebywale dokładnie w najdrobniejszym szczególe doskonałą kompozycję i sytuację tejże rodziny. Ukończył go w 1885 roku, wiosną. Tegoż samego roku w sierpniu dzieło zostało wystawione w oknie marszanda   Leursa w Hadze.

Oskarżono również van Gogha o gwałt na wieśniaczce, która była dlań modelką. Owa wieśniaczka zaszła w ciąże, skutkiem tego ksiądz z owej wioski zabronił parafianką pozowania dla artysty.

Vincent rozmiłował się w Japońskiej sztuce – zafascynowany jej światłem i pięknem, stał się znawcą. Z doskonałą precyzją mówił o niej, opowiadał niemalże tak jak niegdyś głosił swe kazania dla ludzi. Poznał tę sztukę, zbadał ją na wszelkie możliwe sposoby, przeniósł się z Paryża na pd Francji i tam zamieszkał w żółtym domku.  Vincent podupadał, ale nie poddawał się, chciał być kolejnym Pissarrem, kimś wielkim, cenionym i poważanym pragnął być PRAWDZIWYM malarzem. Pragnął tego i walczył o to całe swoje życie. W istocie stworzył coś o wiele więcej. Jego sztuka nie była chciana, a już na pewno nie była rozumiana, nie mógł on zarobić na życie dzięki malowaniu. Ludzie w tamtych czasach nie dorośli i absolutnie nie byli gotowi na przyjęcie takowej sztuki.  Umiejętność obserwacji nadała swoisty charakter jego twórczości. Pokazywał najdrobniejsze elementy, molekuły, jego obrazy wibrowały tworzyły niejednokrotnie niepokój. Vincent ukazywał elektrony z których składa się wszystko co nas otacza i co przelewał na płótno.  To było dla niego wielce frustrujące – niezrozumienie wśród odbiorców sztuki. Czuł jak ważną rzecz robi i wkładał w to całego siebie, wierzył, że w końcu zostanie doceniony i zacznie zarabiać na swoich obrazach. Jego brat wspierał, ale jego nastawienie po jakimś czasie stawało się coraz bardziej sceptyczne do twierdzeń Gogha, że  będzie wielkim malarzem i będzie w końcu odpowiednio zarabiał. Vincent wiele pisywał do swojego brata. Listów było tysiące. Z owych, posiadamy wszelkie i najważniejsze szczegóły z życia artysty. Opisywał mu wszystko dokładnie, swoje frustracje, problemy, nadzieje, marzenia i okoliczności które miały miejsce podczas codziennego życia.  W listach do brata często skarżył się na bóle brzucha i nudności, kłopoty z trawieniem, później opisał bratu, że miewa omamy oraz halucynacje, drgawki podobne do ataków epileptycznych. Zapewne z tych przekazów lekarze w czasach obecnych domniemają, że były to objawy ostrej porfirii.

Vincent van Gogh650

Nie chcę  dokładnie opisywać jego życiorysu, wszystkich okoliczności i wydarzeń z życia. Musiałby bowiem powstać całkiem obszerny tekst wielostronicowy. Dla dociekliwych polecam doskonały film dokumentalny „potęga sztuki – Vincent van Gogh” w owym filmie wnikliwa analiza, opisy, treść przekazu i materiały zebrane na temat artysty zdecydowanie ukazują jego autentyczną postać oraz profil osobowości i zawiłej psychiki, życie codzienne, w niecodziennych sytuacjach , oraz książkę Życie i Twórczość VAN GOGH autorstwa Victorii Soto Caba.

Vincent van Gogh i świat kobiecości

W 1873 roku Vincent wyjechał do Paryża, w czasie krótkiego pobytu miał możność zapoznania się z dziełami najwybitniejszych artystów, największe wrażenie jednak zrobiły na nim dzieła Delacroiix. W tym samym roku został wysłany do londyńskiej siedziby galerii Goupil & Cie.

Tam też zakochał się po raz pierwszy z całych sił. Wybranką jego serca była Eugenia Loyer – córka gospodyni domu u której wynajmował lokum na czas pobytu. Miłość ta okazała się jednak wielkim rozczarowaniem dla Vincenta. Popadł on wówczas w depresję i postanowił wrócić do Paryża. Tam tak jak wcześniej wspomniałam został zwolniony z rodzinnego biznesu z powodu zaniedbań.

Clasina Maria Hoornik – znana jako Sien. Relacja ta trwała niespełna rok, para jednak zdążyła zamieszkać wspólnie.  Clasina była prostytutką i praczką, była bardzo uboga kobietą wychowywała również córkę liczącą sobie lat 5. Vincent bardzo ją kochał i wspierał. Była to również pierwsza kobieta która pozwoliła Vincentowi odwzorować swoje ciało na płótnie i kartce papieru.

Sien-Nursing-Baby

Sien była alkoholiczką, prowadziła życie burzliwe, często popadała w konflikty ze swoją rodziną a także miała ciągłe problemy z pieniędzmi a dokładniej mówiąc ich chronicznym brakiem. Sien również (zapewne z racji swojego zawodu) została zarażona syfilisem. To zmusiło Vincenta do odbycia długotrwałego leczenia w sanatorium. W końcu rodzina Vincenta uznała to za absolutny absurd i zagroziła mu, że jeżeli nie zakończy owej znajomości umieszczą go na oddziale dla chorych psychicznie. Opuścił on wówczas Hagę. Po raz kolejny jego miłość okazała się niespełniona, a doświadczenia z nią związane były trudne i bolesne.

Powstało jednak mnóstwo obrazów i rysunków: Studium bólu 1882, Szyjąca Sien, Kobieta modląca się, Siedząca kobieta, Sien z papierosem siedząca na podłodze, Dziewczynka z szalem, kobieta szyjąca z dziewczynką, Kołyska.

Słowa Vincenta van Gogha:  „ Kiedy człowiek siedzi przy kobiecie, którą kocha, a obok w kołysce śpi dziecko, ogarnia go głębokie i wszechogarniające uczucie spokoju” – chciałabym tutaj jeszcze wspomnieć, że Vincent poznał Sien gdy była już w ciąży.

GR128 - Vincent van Gogh - 1853-1890 - Sorrow - 1882

Studium bólu – Vincent van Gogh

Absynt

W dzisiejszych czasach nie jest aż tak dobrze znany jak niegdyś. Został w każdym razie zakazany w Europie w 1915 roku. Za czasów van Gogha absynt  bardzo słynny i często używany wśród bohemy XIX, by „umilić „ sobie codzienność. Jest to substancja psychoaktywna, destylowana z liści piołunu i częstokroć spożywana RYTUALNIE ! Liście piołunu po destylacji wydzielają związek zwany Tujonem, on natomiast wywiera wpływ na pracę neuronów, niezwykle pobudza, wprowadza w euforię, przy za dużych ilościach powoduję drgawki i utratę świadomości , przytomności… van Gogh spożywał go w znacznych ilościach.

Wiemy również, że Vincent stosował inny środek psychoaktywny – naparstnice, ona natomiast powoduję modyfikację postrzegania kolorów, barwi gałki oczne na kolor żółty. Pamiętamy serię obrazów van Gogha – jakże pokaźną i liczebną, mianowicie jego Słoneczniki. Istnieją tezy, że tak liczna ilość obrazów przepełnionych tą kolorystyką, barwą żółtą powstawała, gdy Vincent nadużywał działania naparstnicy. Zbiegało się to z czasem kiedy intensywnie przechodził stany chorobowe, mianowicie drgawki, palpitacje serca, nagłe opady sił. Naparstnica jest również (poza działaniem trującym i psychoaktywnym) lekiem wspomagającym serce.  Wszystkie jego objawy, dysfunkcje splatały się z dziwnymi rytuałami dnia codziennego, absynt, mało snu, spory wysiłek, naparstnica, brak higieny trybu życia etc. Dlatego też tak ciężko jest określić z jakiego powodu van Gogh miewał swoje dolegliwości.

Sloneczniki,+1887+-+Vincent+Van+Gogh

Paul Gauguin & Vincent

Po zamieszkaniu w Arles Vincent czuł się niebywale osamotniony. Potrzebował kogoś wyjątkowego, z kim mógłby dzielić się swoimi przemyśleniami natchnieniami, kogoś z kim mógłby tworzyć. Nawiązał liczną korespondencje listową z malarzem Paulem Gauguinem. Mężczyźni lubili się i często wymieniali poglądy i spostrzeżenia. Vincent nalegał  by ten przeprowadził się do żółtego przytulnego domku, w Arles, w którym dwaj artyści będą mogli tworzyć i towarzyszyć sobie w dniu codziennym. Paul nie skłaniał się do owego pomysłu Vincenta. Uznał nawet, że jest to zły i nieco chorobliwy pomysł. Gogh jednak w swych listach bardzo narzekał na swoją samotność, wręcz błagał Gauguina by zamieszkali razem. I któregoś dnia Gauguin uległ prośbą i zawitał w progu Vincenta.

Van Gogh był tak szczęśliwy z owego powodu, że kilka dni przed przyjazdem przyjaciela postanowił na jego cześć udekorować cały dom… i tak też uczynił. Każdy niemalże skrawek wolnej ściany był zasłonięty słonecznikami. Gdy Gauguin wszedł do domu i zobaczył ilość owych obrazów na całej przestrzeni domu niemalże nie postradał zmysłów. Nie docenił gestu kolegi i kazał natychmiast zdjąć te wszystkie obrazy, by móc normalnie mieszkać. Kilka z nich z szacunku do artysty powiesił w swoim pokoju. Dwaj mężczyźni mieszkali odtąd wspólnie. Czasami wychodzili razem do pobliskich barów, domów publicznych etc. Wszystko układało się przyzwoicie i spokojnie. Niemniej jednak były to dwie zupełnie inne osobowości. Paul był człowiekiem uporządkowanym miłującym czystość i harmonie w swoim najbliższym otoczeniu. Vincent natomiast był jego odwrotnością. Często na tej płaszczyźnie się spierali i kłócili. Niewątpliwie obaj wynieśli wiele doświadczenia z czasu w którym mieli możność mieszkać wspólnie.

vinc7gagui

Vincent i Paul korzystali z usług domu publicznego, pieniądze wysyłane przez brata Vincenta Theo w większości były wydawane na alkohol i prostytutki. Gogh w wolnych chwilach pisywał do brata. Vincent w owym domu publicznym zakochał się po raz kolejny w prostytutce o imieniu Rachel. Bywał u niej dosyć często. Vincent z Paulem coraz częściej kłócili się, co powodowało spore napięcie i frustrację u Gogha, Gauguin zapowiedział kilkakrotnie, że się wyprowadzi, co skutkowałoby ponownym osamotnieniem Vincenta. Pewnego wieczoru Vincent dowiedział się, że Paul sypia z Rachelą. Z całą pewnością wzburzyło to w nim falę złości i agresji. Jedne źródła podają, że van Gogh odciął sobie ucho sam, w akcie desperacji, natomiast inne, że Gauguin odciął mu je w pojedynku szpadą. Ale jako że mężczyźni lubili się i nie chcieli ponosić konsekwencji tego absurdalnego aktu, ustalili wersję wydarzeń przychylną dla Paula. Ucho Vincent zawinął w chustę i krwawiący zaniósł owej prostytutce . Jaka była prawdziwa wersja wydarzeń? Tego do dziś nie jesteśmy w stanie ustalić.

ucho

Vincent van Gogh zginął śmiercią tragiczną. Popełnił samobójstwo. Postrzelił się na łąkach szpitala do którego trafił i w którym zdrowie było mu przywracane. Lekarz Vincenta zaraz po tym czynie zadzwonił do jego brata Theo, który natychmiast przyjechał. Brat umarł mu na rękach po dwóch dniach konania. Lekarz, oczyścił ranę postrzałową, ale nie podjął się wyciągnięcia kuli. Theo nigdy nie mógł się pogodzić ze śmiercią brata. Postanowił nawet zorganizować wystawę Sztuki poświęconej dziełom brata, jednak nikt nie reflektował i nie wyrażał zainteresowania by wspomóc załamanego brata. Odmówił pomocy nawet Paul Gauguin. Rok później Theo ciężko zachorował i 21.01.1891 roku zmarł. Ciało Theo pochowano obok jego ukochanego brata Vincenta na cmentarzu w Auvers.

Rozwój i kształtowanie Vincenta nie zakończyły się jak u większości ludzi w wieku nastoletnim. W horoskopie możemy zauważyć kiedy osiągną, a raczej kiedy mógł osiągnąć punkt całkowitej dojrzałości i rozwoju. Spoglądając na Lunę kt znajduję się w domu 6, na wierzchołek domu 4, licząc w lewo przez asc do Księżyca, jego ostateczny rozwój dokonać miał się w wieku około 57  lat. Jak wiemy Vincent nie doczekał tegoż wieku . Był to bez wątpienia punkt kulminacyjny Jego kariery jako malarza. W czasie największej tragedii wewnętrznej, załamania jednocześnie tworzył „nową dziedzinę sztuki”.

auvers_400x400

Portret Genialnej Poetessy AAA grudzień 2012

 

 

Anna Andriejewna Achmatowa  – Anna Gorienko urodzona 23 czerwca 1889 w Odessie, ciało opuściła 5 marca 1966 w Domodiedowie.

 

Portret Poetki rosyjskiej wykonany techniką olejną.

AAA

Kwiaty zła – Charles Pierre Baudelaire

Charles Pierre Baudelaire (ur. 9 kwietnia 1821w Paryżu, zm. 31 sierpnia 1867) – poeta i krytyk francuski, parnasista zaliczany do grona tzw. „poetów przeklętych”. Znany z przekładów utworów m.in. Edgara Allana Poego. Prekursor symbolizmu i dekadentyzmu.Jego − epatująca śmiałą erotyką, brzydotą, obrazami zła i profanacji − twórczość wywoływała w swoim czasie kontrowersje, a autora wielokrotnie oskarżano o obrazę moralności. Baudelaire często podejmował tematy prostytucji, dewiacji, życia na marginesie społecznym oraz buntu przeciwko tradycji i religii. W jego twórczości widoczne są akcenty mizoginiczne oraz gnostyckie.W młodości Charles Baudelaire przyjaźnił się z takimi pisarzami jak Honoré de Balzac, Gérard de Nerval czy Theophile Gautier.


PDF po kliknięciu otworzy się plik PDF  =>   Baudelaire Charles Kwiaty zla

informacje pochodza z wikipedii, plik pdf - biblioteka prywatna

Adam Mickiewicz

Informacje dot. Wieszcza Narodowego – Adama Mickiewicza pochodzą z Cyfrowej Biblioteki Narodowej http://www.polona.pl , przyznam, że sama lepiej nie oddałabym tego co zostało przekazane przez Panią Ewę Hoffmann-Piotrowską, dokonała Ona Prezentacji kolekcji, sylwetki Autora i panoramy Jego twórczości. Postanowiłam zatem umieścić te informację w żaden sposób nie odbiegając od oryginału.

Na końcu dołączam jedno z wybranych dzieł Mickiewicza, wykres ur radix oraz dla bardziej zainteresowanych Postacią Wieszcza bibliografię wartą przestudiowania.

Biografia

Historia polskiego romantyzmu to dzieje wielkich poetyckich osobowości. Za początek epoki uznaje się wydanie I tomu Poezji Adama Mickiewicza w 1822 r., który jest niekwestionowanym twórcą konwencji romantycznej w polskiej literaturze.

Poeta urodził się 24 grudnia 1798 w Zaosiu koło Nowogródka, w rodzinie drobnoszlacheckiej. Z czasów dzieciństwa w pamięci Mickiewicza zachowały się żywe wspomnienia przemarszu wojsk napoleońskich, które w drodze na Wschód w 1812 r. dotarły też do Nowogródka i dramatyczny odwrót kilka miesięcy później wojsk „boga wojny” po klęsce moskiewskiej.

W tym mniej więcej czasie (w latach 1807-1815) późniejszy poeta uczęszczał do szkoły dominikanów w Nowogródku, po czym przeniósł się do Wilna, gdzie studiował na Wydziale Fizyczno –Matematycznym i Wydziale Literatury i Sztuki Uniwersytetu Wileńskiego. W czasie studiów w 1817 wraz z przyjaciółmi, których upamiętnił potem w III cz. Dziadów, założył Towarzystwo Filomatów, organizację o charakterze naukowym, intelektualnym i patriotycznym.

W 1818 r. poeta debiutuje utrzymanym jeszcze w konwencji klasycznej wierszem Zima miejska. W pierwszych utworach Mickiewicz jawi się zatem jako spadkobierca klasyków: trawestuje i przekłada Woltera, pisze towarzyskie utwory biesiadne, poemat pt. Kartofla, na zebraniach filomatów ogłasza rozprawy i recenzje literackie.

W 1819 r. wyjeżdża do Kowna, aby objąć posadę nauczyciela – i w ten sposób spłacić dług za ufundowane mu przez władze stypendium uniwersyteckie. Praca w szkole nie daje mu jednak satysfakcji; okres ten poeta przedstawia w ponurych barwach. Czuje się samotny, oddalony od przyjaciół i tętniącego życiem Wilna. Jego pesymizm pogłębiają dramatyczne przeżycia osobiste: śmierć matki, Barbary w 1820 r. i nieudany romans z Marylą Wereszczakówną (najbardziej znaną muza poety), która wkrótce, ku rozpaczy autora Dziadów, wyszła za mąż za bogatego hrabiego Puttkamera. Żywe uczucie do Maryli świetnie wpisujące się w konwencję nieszczęśliwej romantycznej miłości, stanie się kanwą wielu utworów poety – przede wszystkim IV cz. Dziadów.

W 1822 r. Mickiewicz wydaje w Wilnie 1. tom Poezji, w którym znalazły się Ballady i romanse z programowym utworem Romantyczność. Rok później ukazuje się 2. tom utworów Mickiewicza, wśród których znalazły się m. in. poemat Grażyna oraz cz. II i IV Dziadów.

W listopadzie 1823 r. poeta zostaje aresztowany w związku ze śledztwem dotyczącym działalności tajnych organizacji młodzieżowych na Litwie. Prawie pół roku spędza w klasztorze oo. bazylianów w Wilnie przemienionym na carskie więzienie stanu. Za propagandę idei patriotycznych i działalność filomacką młody poeta zostaje skazany na wyjazd do centralnych guberni Rosji.

Jesienią 1824 r. Mickiewicz opuścił w związku z tym Litwę, na którą miał już nigdy nie powrócić.

Trzy miesiące spędził w Petersburgu, potem skierowany został do Odessy, skąd w 1825 r. udał się na ważną z perspektywy młodego romantyka wycieczkę na Krym. Podróż ta miała charakter romantycznej wyprawy do krainy egzotycznej przyrody i orientalnej kultury. Każdy szanujący się romantyczny poeta powinien bowiem zgodnie z konwencją epoki choć raz w życiu odbyć taką podróż; zetknąć się z innym światem, zweryfikować wiedzę otrzymaną za pośrednictwem książek, wesprzeć swój rozwój duchowy i emocjonalny. Dokumentem przeżyć z egzotycznej wyprawy sąSonety krymskie, które ugruntowały pozycję Mickiewicza jako romantycznego poety. Utwory te, wydane wraz z miłosnymi Sonetami odeskimi w 1826 r., wywołały ostre protesty klasyków, którzy nie potrafili zaakceptować tego, w jaki sposób Mickiewicz wykorzystał formę klasycznego sonetu do nowej problematyki, ani języka, jakim posługiwał się w wierszach.

Kolejne lata poeta spędził w Moskwie i Petersburgu – poznał środowisko rosyjskich literatów i intelektualistów. W 1828 r. wydał powieść poetycką Konrad Wallenrod, która stanowi istotną cezurę w twórczości poety. Do momentu edycji poematu o romantycznym buntowniku i straceńcu przebranym w kostium średniowiecznego rycerza Mickiewicza zajmowały tematy uznane i popularne w całej romantycznej Europie. Tymczasem doświadczenie pobytu w Rosji, osobiste zetknięcie z carskim systemem politycznym przeorientowało niejako zainteresowania poety: refleksja nad polską historią i polityką staną się od tej pory kanwą najbardziej znanych dzieł literackich Mickiewicza.

Wkrótce, dzięki staraniom rosyjskich przyjaciół, poecie udało się opuścić Rosję i wyjechać na Zachód Europy. Mickiewicz zwiedza zatem Włochy, Niemcy, Szwajcarię. Jest to okres, w którym pogłębia swoje życie duchowe, zwraca się ku własnemu wnętrzu, religii, do której miał dotychczas ambiwalentny stosunek. Z dala od ojczyzny wiele rozmyśla o sprawach krajowych, o historii. Świadectwem ówczesnych przeżyć są religijne liryki zwane „rzymskimi”.

W 1830 r. w Wiecznym Mieście poeta poznaje swą nowa miłość – wiele lat młodszą Ewę Henriettę Ankwiczównę. Mimo odwzajemnionego uczucia, sprzeciw rodziców udaremnia plany małżeńskie młodych. Mickiewicz, choć znany poeta, nie potrafił, zdaniem państwa Ankwiczów, zapewnić ich córce dostatniego i godziwego życia. Po raz wtóry szczęście poety rozbija się, zgodnie zresztą z konwencja romantyczną, o sprawy stanowe (niewłaściwe pochodzenie).

Na początku grudnia 1830 r. w Rzymie zastała poetę wiadomość o wybuchu powstania listopadowego. Autor Dziadów, co poświadczają listy poety, chciał jak najprędzej przedostać się do walczących powstańców – podróżując przez Paryż, Drezno i Wielkopolskę. Z różnych powodów nie wziął jednak udziału w insurekcji, co stanie się u poety powodem wieloletnich wyrzutów sumienia, a także ataków ze strony rodaków.

Próbą zadośćuczynienia i hołdu złożonego „narodowej sprawy męczennikom” będą wiersze poety:Reduta OrdonaNocleg czy Śmierć pułkownika, a nade wszystko powstała w Dreźnie III cz. dramatu Dziady.

W 1832 r. Mickiewicz opublikował także Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. Razem z Dziadami drezdeńskimi są one wykładnią Mickiewiczowskiego mesjanizmu – filozofii historii i miejscu w niej Polski.

31 VII 1832 r. poeta przybywa do Paryża, gdzie spędzić miał większość emigracyjnego życia. Miasta tego jednak nie lubił, nie chciał i nie potrafił wejść w środowisko elity intelektualnej stolicy Francji, choć wśród Francuzów miał wielu przyjaciół i zwolenników. Zaangażował się natomiast w organizowanie życia Wielkiej Emigracji: działał w Towarzystwie Literackim, Towarzystwie Pomocy Naukowej, był redaktorem „Pielgrzyma Polskiego”, w którym to piśmie umieszczał artykuły dotyczące problematyki politycznej i społecznej. Pisał wówczas także Pana Tadeusza, nad którym pracę przerwał, aby wyjechać do Szwajcarii, do umierającego przyjaciela i powstańca listopadowego Stefana Garczyńskiego.

W 1834 r. 36. letni poeta bierze ślub z Celiną Szymanowską – córką słynnej pianistki Marii, którą poeta poznał podczas pobytu w Moskwie i którą niegdyś wyraźnie hołubił. Nagły ślub z panną Szymanowską zaskoczył nawet bliskich przyjaciół poety. Dość powiedzieć, że małżeństwo rozpoczęło trudny okres w życiu autora Pana Tadeusza. Pozbawiony stałych dochodów, musiał utrzymać coraz liczniejszą gromadkę dzieci (w sumie poeta miał ich sześcioro), nękany też był poważnymi psychicznymi kłopotami zdrowotnymi żony.

Względną stabilizację materialną zapewnić miała poecie posada wykładowcy literatury łacińskiej w Szwajcarii, w Lozannie, do której przybył w 1839 r. Gdy tam pracował, napisał cykl tzw. „liryków lozańskich” – zdumiewających odmiennością konwencji utworów, będących pewnego rodzaju rozrachunkiem ze swoim życiem i zamykających w zasadzie dzieło poety-liryka. Po okresie lozańskim Mickiewicz bowiem nie napisał już wiele. W 1840 r. powrócił do Paryża, aby objąć stanowisko profesora literatury słowiańskiej w College de France. Mimo znacznie gorszych warunków materialnych niż te, które miał zapewnione w Lozannie, zgodził się wykładać na wszechnicy paryskiej, widząc w tym możliwość propagowania polskiej literatury i sprawy narodów słowiańskich.

Rok 1841 przynosi w życiu poety ważną odmianę – oto bowiem poznaje religijnego wizjonera, mistyka Andrzeja Towiańskiego i współtworzy z nim sektę religijną Koło Sprawy Bożej. Za głoszenie idei towianistycznych oraz apologię Napoleona z mównicy profesorskiej, zostaje pozbawiony wkrótce możliwości głoszenia wykładów w College de France. Związek Mickiewicza z towianizmem stanie się zresztą przyczyną licznych skandali religijnych i obyczajowych i źródłem trwającej po dziś dzień „czarnej legendy” w biografii poety.

Po jakimś czasie Mickiewicz postanawia stworzyć własne koło wyznawców, aby łącząc idee religijne i patriotyczne, realizować czynem sprawę niepodległości Polski. W tym też celu, kiedy w Europie wybucha Wiosna Ludów (1848), organizuje we Włoszech polski legion wojskowy, a po kilku latach w 1855 r. wyjeżdża podczas wojny krymskiej do Turcji z misją polityczną. Tam umiera w 1855 r. z niewyjaśnionych do końca dziś przyczyn (zakażenie cholerą, otrucie to najczęściej pojawiające się przyczyny zgonu poety). Pochowany na cmentarzu Montmorency w Paryżu, w 1890 r. zostaje przewieziony do Krakowa. Do dziś zwłoki genialnego romantyka spoczywają w krypcie katedry wawelskiej. ( <——— !!!!!   *)

*odnośnik MJ dot znanego nam absurdu dot pochówku  sprzed kilku lat…
——————————————————————————————————————————————————————–

– Kronika życia i twórczości Mickiewicza: M. Dernałowicz, K.
Kostenicz, Z. Makowiecka, Kronika życia i twórczości Mickiewicza. Lata
1798 – 1824, Warszawa 1957; M. Dernałowicz, Od „Dziadów” części trzeciej
do „Pana Tadeusza”. Marzec 1832 – czerwiec 1834, Warszawa 1966; M.
Dernałowicz, Paryż, Lozanna. Czerwiec 1834 – październik 1840, Warszawa
1996; Z. Makowiecka, Mickiewicz w Collège de France. Październik
1840 –
maj 1844, Warszawa 1968; Z. Makowiecka, Brat Adam. Maj 1844 – grudzień
1847, Warszawa 1975; K. Kostenicz, Legion włoski i „Trybuna Ludów”.
Styczeń 1848 – grudzień 1849, Warszawa 1969; Z. Kostenicz, Ostatnie lata
Mickiewicza. Styczeń 1850 – 26 listopada 1855, Warszawa 1978
– A. Ł. Pogodin, Adam Mickiewicz. Jego żizń i tworczestwo. T. I –
II, Moskwa 1912
– J. Kleiner, Mickiewicz. T. I: Dzieje Gustawa, Lwów 1934;T. II (
cz. 1 – 2 ): Dzieje Konrada, Lublin 1948
– W. Wentraub, The poetry of Adam Mickiewicz, S-Gravenhage (Haga )
1954
– Adam Mickiewicz in World Literature, Berkeley and Los Angeles
1956
– W. Borowy, O poezji Mickiewicza. Przedmowę napisał K. Górski, T.
I – II, Lublin 1958
– Z. Stefanowska, Próba zdrowego rozumu. Studia o Mickiewiczu,,
Warszawa 1976
– Cz. Zgorzelski, O sztuce poetyckiej Mickiewicza. Próby zbliżeń i
uogólnień, Warszawa 1977
– A. Witkowska, Mickiewicz. Słowo i czyn, Warszawa 1983
– J. – Ch. Gille – Maisani, Adam Mickiewicz, poéte national de la
Pologne. Etude psychanalytique et caractérologique, Montreal 1987, Paris
1987
– Adam Mickiewicz aux yeux des Français. Textes reunis, établis et
présentés avec l´introduction, commentaires, et notes par Z. Mitosek.
Préfaces L. Le Guillon, D. Beauvois, Warszawa 1992
– Z. Sudolski, Mickiewicz. Opowieść biograficzna, Warszawa 1995
– J. Łukasiewicz, Mickiewicz, Wrocław 1996
DZIADY WILEŃSKIE DZIADY DREZDEŃSKIE KSIĘGI PIELGRZYMSTWA
I NARODU POLSKIEGO
OBJAŚNIENIA DO „SOFIJÓWKI” PAN TADEUSZ WIERSZE
BIOGRAMY
godną zainteresowania jest również WIRTUALNA BIBLIOTEKA LITERATURY POLSKIEJ
——————————————————————————————————————————————————————–

Adam Mickiewicz

WIDZENIE

Dźwięk mię uderzył – nagle moje ciało,

Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,

Prysło, zerwane anioła podmuchem,

I ziarno duszy nagie pozostało.

I zdało mi się, żem się nagle zbudził

Ze snu strasznego, co mię długo trudził.

I jak zbudzony ociera pot z czoła,

Tak ocierałem moje przeszłe czyny,

Które wisiały przy mnie, jak łupiny

Wokoło świeżo rozkwitłego zioła.

Ziemię i cały świat, co mię otaczał,

Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,

Tyle zagadek i tyle tajemnic,

I nad którymi jam dawniej rozpaczał, –

Teraz widziałem jako w wodzie na dnie,

Gdy na nią ciemną promień słońca padnie.

Teraz widziałem całe wielkie morze,

Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga,

A w nim rozlana była światłość błoga.

I mogłem latać po całym przestworze,

Biegać, jak promień, przy boskim promieniu

Mądrości bożej; i w dziwnym widzeniu

I światłem byłem, i źrenicą razem.

I w pierwszym, jednym, rozlałem się błysku

Nad przyrodzenia całego obrazem;

W każdy punkt moje rzuciłem promienie,

A w środku siebie, jakoby w ognisku,

Czułem od razu całe przyrodzenie.

Stałem się osią w nieskończonym kole,

Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;

Byłem w pierwotnym żywiołów żywiole,

W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchy,

Świat ruszające, same nieruchome:

Jako promienie, co ze środka słońca

Leją potoki blasku i gorąca,

A słońce w środku stoi niewidome.

I byłem razem na okręgu koła,

Które się wiecznie rozszerza bez końca

I nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.

I dusza moja, krąg napełniająca,

Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,

I wiecznie będzie ognia jej przybywać;

Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,

Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się – stwarzać,

I coraz mocniej kochać swe stworzenie,

I tym powiększać coraz swe zbawienie.

Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiega

Promień przez wodę, ale nie przylega

Do żadnej kropli: wszystkie na wskroś zmaca,

I wiecznie czysty przybywa i wraca,

I uczy wodę, skąd się światło leje.

I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje.

Stały otworem ludzkich serc podwoje,

Patrzyłem w czaszki, jak alchymik w słoje.

Widziałem. jakie człek żądze zapalał,

Jakiej i kiedy myśli sobie nalał,

Jakie lekarstwa. jakie trucizn wary

Gotował skrycie. A dokoła stali

Duchowie czarni, aniołowie biali,

Skrzydłami studząc albo niecąc żary,

Nieprzyjaciele i obrońcy duszni,

Śmiejąc się, płacząc – a zawsze posłuszni

Temu, którego trzymali w objęciu,

Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu

Które jej ojciec, pan wielki, poruczy,

Choć ta na dobre, a ta na złe uczy.

radix:

Adam Mickiewicz : 

 

 

 

Fiodor Dostojewski

Fiodor Dostojewski przyszedł na świat 30 października 1821 roku w jednej z najuboższych dzielnic ówczesnej Moskwy. Był drugim synem z ośmiorga dzieci lekarza Michała Andriejewicza Dostojewskiego i Marii Dostojewskiej z domu Nieczajew.

Swoje ciało opuścił 9.02.1881 roku w Petersburgu. Był to genialny pisarz, prozaik, eseista. Jego Dzieła badają ludzką psychikę w kontekście politycznym, społeczny ale również duchowym 19 wiecznej Rosji. Wprawdzie pisać zaczął stosunkowo późno, ponieważ 1850 roku, a prawdziwe laury zebrał dopiero dzięki jednej z jego ostatnich prac „Zbrodnia i Kara”. Nie można również pominąć takich dzieł jak „Idiota” czy „Bracia Karamazow” Jego 11 powieści, 17 krótkich powieści, 3 nowele i 3 eseje spowodowały, że krytycy uznali Go za największego psychologa w literaturze światowej. Jego książki zostały przetłumaczone na ponad 170 języków i sprzedano około 15 milionów egzemplarzy.
Fiodor urodził się i dorastał w biednej dzielnicy Moskwy, nieopodal znajdował się cmentarz na którym chowano kryminalistów oraz szpital psychiatryczny z ogromnym ogrodem który służył chorym jako miejsce do zaczerpnięcia świeżego powietrza i odbycia spaceru na łonie natury. Fiodor bardzo lubił przychodzić do tego ogrodu i słuchał opowieści pacjentów, ich żale i szalone niejednokrotnie wizję. Można domniemać, że te zdarzenia z jego życia wpłynęły w późniejszym czasie na jego twórczość. Fiodor w bardzo młodym wieku został wprowadzony przez swoją matkę Marię Dostojewską z domu Nieczajew w literaturę angielską, francuską, niemiecką i rosyjską. Czytywał również baśnie i legendy. Matka, zapewne wzbudziła zamiłowanie do tej dziedziny i możliwości ekspresji samego siebie poprzez sztukę pisania. Walter Scott, „powieści grozy” Ann Radclife oraz utwory Honoriusza Balzaka i E.T.A. Hoffmana, z literatury rosyjskiej zaś Nikołaja Karamizinowa, Wasilija Żukowskiego i zaiste Aleksandra Puszkina były podstawowymi dziełami, które młody Dostojewski wielbił i czytywał z ogromnym zamiłowaniem.
Śmierć matki 1837 – miał wówczas 16 lat, wstrząsnęła nim. Maria Dostojewska była dla niego spokojną przystanią i opieką dającą wiele radości, której nie zaznawał ze strony swojego ojca.
Ojciec Fiodora – Michaił Andriejewicz Dostojewski był ordynatorem szpitala wojskowego w Moskwie, niemniej jednak był to człowiek okrutny, tyranizujący swą rodzinę i służbę często sięgający po alkohol. Fiodor miał sześcioro rodzeństwa z którymi mieszkał w jednym pokoju, wraz z częścią służby, reszta sypiała w stajni i kuchni. Nie byli oni rodziną zamożną, mieszkanie posiadało zaledwie dwa pokoje a jeden z nich zajmowali tylko rodzice.

Po śmierci matki Michaił namawia swojego syna by wstąpił do Wojskowej Szkoły Inżynieryjnej w Petersburgu. Fiodor tak też uczynił.
W dwa lata po śmierci matki, ciało opuszcza ojciec chłopca. W literaturze i różnych przekazach, możemy dowiedzieć się o niecodziennych okolicznościach wydarzenia. Miało być tak, że chłopi, służba którą Michaił często poniżał, bił, deprecjonował i piętnował , w ramach pokuty za cierpienia spętała go, a w gardło lano mu wódkę tak długo, aż wzionął ducha. Jeszcze inni mówią, że umarł on z powodów naturalny. Jaki był stan faktyczny, tego nie wiemy.
Po ukończeniu studiów Fiodor zajmował stanowisko inżyniera prowadząc dość liberalne życie. Zaczął również tłumaczyć książki w celach zarobkowych. Około 1840 roku napisał swoją pierwszą powieść „Biedaków”, która pozwoliła mu przejść do głównego nurtu. W 1849 roku został aresztowany. Należał wówczas do Koła Pietraszewskiego gdzie co piątek prowadzono dysputy na tematy filozoficzne oraz społeczne. Poglądy owego koła uważano za zapadniczestwo (ros. zapad –zachód) podczas spotkań poważnie krytykowali ustrój państwa oraz jego zacofanie. „ Po wielomiesięcznym śledztwie, 16 listopada 1849 roku Komisja Sądu Wojskowego skazała Dostojewskiego i innych członków organizacji na karę śmierci. Surowość kary była rezultatem obaw cara Mikołaja I, który nie chciał w Rosji powtórki z tego, co Europie przyniósł rok 1848. Dlatego w zarodku tępił wszelkiego rodzaju ogniska, które mogły doprowadzić do obalenia obowiązującego porządku prawno-ustrojowego.
22 grudnia 1849 roku Dostojewski i pozostali skazani na śmierć członkowie konspiracyjnej organizacji stali przed plutonem egzekucyjnym, gdy nadeszła wiadomość o nadzwyczajnym złagodzeniu kary. Kara śmierci została zamieniona na cztery lata katorgi.
W styczniu 1850 roku Dostojewski został osadzony w twierdzy w Omsku. W marcu 1854 roku, po 4 latach katorżniczej pracy, został zwolniony i wcielony w stopniu szeregowca do 7 Syberyjskiego Batalionu Liniowego w Semipałatyńsku, w którym służył przez sześć lat. Dzięki łasce cara przywrócono mu rodową godność szlachecką i awansowano do stopnia oficera. W czasie służby w wojsku Dostojewski poznał Marię Dymitriewną Isajewą, żonę urzędnika celnego Aleksandra Isajewa z Syberii. Po jego śmierci, 6 lutego 1857 roku Fiodor i Maria wzięli ślub wcerkwi w Kuźniecku. W 1859 Dostojewski rozpoczyna starania o zezwolenie na powrót z zesłania, pisze prośby do cara Aleksandra II, naczelnika korpusu żandarmerii Aleksandra Timaszowa, naczelnika III Oddziału Ochrany Wasyla Dołgorukiego i bohatera Sewastopola generała Edwarda Totlebena. Pod koniec 1859 Dostojewski otrzymał zezwolenie na powrót z zesłania. Udał się najpierw do Tweru, a potem uzyskał zezwolenie na osiedlenie się w Petersburgu, do którego przybył 29 listopada 1859.”
W następnych latach Dostojewski zaczął pracować jako dziennikarz. Dostojewski również cierpiał na epilepsję przez całe swoje dorosłe życie. Ale choćby dzięki energii i objętości jego pracy w końcu stał się jednym z najbardziej poczytnych i znanych pisarzy w Rosji. Jego książki zostały przetłumaczone na ponad 170 języków i sprzedano około piętnaście milionów egzemplarzy. Dostojewski pozostawił trwałe dziedzictwo.. Od stycznia 1861 Dostojewski redagował „Wriemia”, pismo założone przez jego brata, Michała, które w 1863 roku zostało zamknięte przez cenzurę z powodu publikacji artykułu Prorocze pytaniapióra Mikołaja Strachowa.
”W 1864 roku umarła Maria i starszy brat pisarza Michał.
4 października 1866 pisarz zatrudnił stenotypistkę, najzdolniejszą uczennicę petersburskich kursów stenograficznych, Annę Grigoriewnę Snitkin. Oświadczył się jej 8 listopada 1866 roku, a 15 lutego 1867 wzięli ślub. Przeżyli wspólnie czternaście lat.”

Poczwiennictwo
Na początku lat 60. XIX wieku Dostojewski dążył do wypracowania tego, co nazwano później „poczwiennictwem”. Doszedł do przekonania, że najwyższe wartości moralne są przechowywane przez prosty rosyjski lud, przede wszystkim w jego szczerym sposobie wyznawania prawosławia. Do tego doszedł niezwykle krytyczny stosunek do świeckiej cywilizacji Zachodu i do inteligencji, która reprezentowała w Rosji tendencje okcydentalistyczne. Poczwiennictwo było zatem odmianą ludowego konserwatyzmu religijnego[2]
Dostojewski jednoznacznie odrzucał lewicowe i liberalne propozycje zmian. Jego zdaniem przemiany społeczne winny dokonać się w duchu autentycznego chrześcijaństwa. W opinii pisarza Nowa Rosja (tak samo jak stara) miała być prawosławną monarchią odrzucającą zachodni konstytucjonalizm i parlamentaryzm, jednoczącą wszystkie narody Słowian.

 

Najważniejsze dzieła
 Biedni ludzie, powieść epistolarna (1846, wyd. polskie 1929)
 Sobowtór: poemat petersburski (1846)
 Gospodyni (1847)
 Białe noce (opowiadanie) (1848, wyd. polskie 1903)
 Nietoczka Niezwanowa (1849)
 Sioło Stiepanczykowo i jego mieszkańcy (1859)
 Wspomnienia z domu umarłych (1860-1862, wyd. polskie 1897)
 Skrzywdzeni i poniżeni (1861)
 Notatki z podziemia (1864, wyd. polskie 1929)
 Zbrodnia i kara (1866, wyd. polskie 1887-1888)
 Gracz (1866)
 Idiota (1868, wyd. polskie 1909)
 Biesy (1872, wyd. polskie 1908)
 Młodzik (1875)
 Łagodna (1876)
 Dziennik pisarza (1876-1877 i 1880-1881)
 Bracia Karamazow (1879-1880, wyd. polskie 1913)

 

Horoskop:

cytaty użyte w tekście  pochodza z wikipedi